niedziela, 21 lutego 2016

Resortowi rodzice... czyli wspomnienia wojennej młodości żony łagiernika cz. 1

Ludzie KOD oskarżani są przez propisowkie media i liderów PiS o to, że są dziećmi resortowych aparatczyków. Spróbujmy zatem bliżej przedstawić owych "resortowych rodziców". Przykład nadesłany przez jednego z aktywnych KODowiczów z naszego regionu.

Jadwiga Łoginów miała 18 lat w tragicznym dla naszej Ojczyzny 1939 roku, ukończoną szkołę, nadzieję na pracę i usamodzielnienie się. 

* * *

28 sierpnia pożegnałam kolegów kadetów, wyjeżdżających na front. Jeszcze wtenczas nie zupełnie wierzyliśmy, że to mobilizacja i wojna! Moich dwóch szwagrów, 35-letni Janek i 25-letni Stefan, pożegnali swoje młode żony i synków i choć nie zginęli na froncie, do Wilna, do domu nie powrócili. Janek znalazł się w niewoli w ZSRR, a Stefan w niewoli u Niemców. Janek z Armią Andersa przeszedł szlak bojowy, był podoficerem artylerii, walczył pod Monte Cassino, po zakończeniu działań wojennych był w Szkocji. Wrócił do kraju w 1948 r., a siostra z synkiem została w Wilnie, tam na niego czekała, nie wierząc, że Wileńszczyzna nigdy do Polski nie powróci! I tak zostali już na zawsze rozłączeni przez okrutną wojnę. 
Druga siostra, żona Stefana, dość długo miała z mężem kontakt listowny, posyłała mu paczki z żywnością, choć sama z synkiem głodowała, czekała końca wojny i powrotu ukochanego, synek już sześcioletni codziennie wypatrywał listu od ojca – niestety, mijały lata i nic. Okazało się, że ma już nową rodzinę i mieszka koło Wałbrzycha. Smutne to, ale prawdziwe losy wielu polskich kobiet i dzieci. 

No, ale nie o tym miałam pisać. Tragiczne pierwsze dni wojny polsko-niemieckiej. Bombardowanie pierwsza śmiertelna ofiara w naszej wileńskiej Kolonii Kolejowej, 6-letni Krzyś Malawko, synek mojej ukochanej nauczycielki, trafiony odłamkiem bomby zmarł i został pochowany koło naszego kościółka. Grobek zachował się, pielęgnowany przez kolejnych proboszczów i polskich parafian. 16-go września nad naszymi domami przelatywały nasze, polskie myśliwce uciekały przez Łotwę dalej na zachód... Zniżały się, widząc nas powiewającymi chusteczkami na pożegnanie. Płakaliśmy. Samoloty były tak nisko, że dobrze było widać pilotów, oni nas też żegnali. Trudno opisać jakie to było smutne!... 

Po paru dniach, ż mieszkałam w pobliżu szosy z Wilna do Nowo-Wilejki, zobaczyła pierwszych bolszewików (inaczej ich wtedy nie nazywaliśmy). Jaki to był straszny widok dla młodej dziewczyny i jakie straszne myśli przychodziły do głowy! Słyszałam przecież i czytałam wiele książek na ich temat... A jak okropnie wyglądali w porównaniu z naszym wojskiem!... Czarni, brudni, mizerni – w jakichś czarnych „pałatkach” kawaleria na koniach! Polscy ułani – chłopcy malowani – jak ich się nazywało, jakież mogło być porównanie! Głodne, żebracze wojsko!... Nasz lokator, stary człowiek, który pamiętał Rosję carską, wyszedł daleko na szosę za miasto witać „wybawicieli”. Wrócił rozczarowany! 

W Wilnie czołgi sowieckie jeździły po ulicach oblepione żydowskimi dziećmi. Te się cieszyły, śpiewając ruskie pieśni, „Katiuszę” i inne wojskowe. Wojsko rozrzucało ulotki, zaraz pojawiły się gazetki. O!... Propagandę to oni mieli dobrze zorganizowaną! Ja wtedy już znałam alfabet „cyrylicę” i ze słyszenia język białoruski i rosyjski, czytałam je i serce zamierało z trwogi, co z nami będzie. Z tym, że jesteśmy „Zapadnoj Biełarusiju” i „Zapadnoj Ukrainoj” (Zachodnią Białorusią i Zachodnią Ukrainą) trudno było się pogodzić i że oni przyszli oswobodzić nas od „gniota polskich panow i pamieszczikow” (od ucisku polskich panów i obszarników) dawało do myślenia, jaki los wielu z nas czeka! Wystarczyło mieć nawet skromny kawałek własnej ziemi i domek, a już się było „pamieszczikom”. Brat mój, ponieważ nie dał sobie zmienić nazwiska – powiedział „Nie żaden –kis, nie żaden –kij – nazwisko moje Kaszyński – jestem Polak. To proszę mi żadnych końcówek nie dodawać!”. No i dostał dwa lata więzienia. Karę odsiedział w Wilnie. Dobrze, że nie wywieźli dalej! 

Skutkiem tych przeżyć, tak sądzę, był piękny sen: widziałam na niebie ogromną światłość, a pośrodku niej postać Chrystusa z otwartym sercem, promieniującym na nas, na ziemię... Żywe, bijące, pulsujące krwią... i oblicze Jezusa dobrotliwe, zatroskane i oczy z miłością patrzące na ludzi... Boże! Nigdy tego nie zapomnę, choć minęło ponad pięćdziesiąt lat! – Upadliśmy na kolana, a ja zaczęłam śpiewać pieśń „Serce Twe Jezu miłością goreje”. Mój własny głos obudził mnie i siostrę, śpiącą w drugim pokoju. Tak byłam przejęta tym snem – wiedziałam, że to jakiś znak (najbliższa moja rodzina przeżyła wojnę, chociaż w rozproszeniu). 

 Zaczęło się życie pod sowiecką okupacją... Odrobinę nadziei dawało to, że przecież mamy przyjaciół – Francję i Anglię one nie pozwolą nam zginąć – pomogą. I czekaliśmy wypowiedzenia wojny Niemcom przez te państwa. Tymczasem nas zabrali bolszewicy, potem oddali Litwinom. Wilno i sprawa nasza zaczynała być beznadziejna. Wypowiedzenie nastąpiło wprawdzie, ale w gazetach wciąż czytaliśmy: – Na linii Maginota pierestriełka. No tak! Wymiana strzałów i nic więcej! 

Na terenach zajętych przez Rosjan zaczęły się prześladowania, aresztowania, osadzania w więzieniach w tym czasie przez Litwinów, bardzo byli zajadli. Wiele rodzin wojskowych i „kułaków”, czyli obszarników, zostało wywiezionych w głąb Związku Sowieckiego. O tym obecnie dużo się pisze.

Jadwiga Łoginowa

c.d.n.

3 komentarze:

Barbara Łada pisze...

Bardzo wzruszające wspomnienia. Tyle ludzkich dramatów i cierpienia ...

Anna Szymajda pisze...

Dramat i cierpienia będą w następnych odcinkach. Mój ojciec nie doczekał wolnych czasów .Zmarł w listopadzie 1981 roku.Za swojego życia nie mógł o swojej zsyłce mówić po za domem.Mama dla naszego (było nas troje rodzeństwa)bezpieczeństwa opowiedziała te wspomnienia dopiero w wolnym kraju.Nie chciała nas obciążać taką "niewygodną" w czasach komuny wiedzą.

przeluk pisze...

Czytałem z zainteresowaniem. Kolonia Wileńska to miejsce dla mojej rodziny bardzo bliskie i zawsze wspominane ze wzruszeniem. Losy jej mieszkańców są często bardzo dramatyczne. Wspomniany Józef Łukaszewicz to mój dziadek