poniedziałek, 15 maja 2017

Ta wojna już trwa

 Haubice samobieżne Dana na bocznicy w Wydminach.
Fot. Krzysztof Łoziński
Zacznijmy od historii. Powszechnie przyjmuje się 1 września 1939 roku za datę początku II wojny światowej. Czy słusznie?

W rzeczywistości różnego rodzaju agresywne działania Państw Osi trały już od szeregu lat. W Chinach II wojna światowa zaczęła się w 1931 roku od najazdu japońskiego i podboju Mandżurii. W 1937 roku następuje otwarta inwazja wojsk japońskich na Chiny.

Wcześniej, w 1932 roku, wojska japońskie zagrażają już rejonowi Pekin-Tianjin i Szanghajowi (enklawie brytyjskiej). Na przełomie 1937 i 1938 roku, w grudniu i styczniu wojska japońskie dokonały słynnej rzezi Nankinu. W ciągu 2 tygodni zamordowano ok. 400 tysięcy ludzi.

Również w innych częściach świata dochodziło do agresywnych działań Niemiec, Włoch i Japonii. W 1936 roku Włochy dokonały najazdu na Abisynię (dziś Etiopia). W latach 1936-39 wojska Włoch i Niemiec biorą udział w wojnie domowej w Hiszpanii. Po drugiej stronie frontu walczą ochotnicy z wielu krajów późniejszych aliantów w wojnie z Niemcami, oraz niejawnie (oficjalnie nie wypowiedziano wojny) formacje Francji, Brazylii, Meksyku i duże siły wojsk specjalnych ZSRR (jawnie działa NKWD i Komintern, sowieci mają w Hiszpanii nawet swoje więzienia). Praktycznie po dwóch stronach frontu spotykają się żołnierze z przyszłych frontów wojny w Europie. Wojny, której teoretycznie jeszcze nie ma.
W 1936 roku hitlerowskie Niemcy zajmują Nadrenię, w 1938 dokonują przyłączenia Austrii a w 1939 zajmują Czechy. To wszystko działo się jeszcze przed 1 września 1939 roku.

Trochę podobną sytuację mamy obecnie. Jawnie, otwarcie, nie ma wojny między Rosją i Chinami, a Zachodem. Są jednak coraz agresywniejsze zachowania Rosji i pełzająca inwazja Chin na Pacyfiku (Morze Południowo Chińskie). Od około 3 lat systematycznie narasta napięcie między Rosją a NATO. Trwa żarzący się konflikt na Ukrainie, Wojska USA, Turcji i paru innych krajów walczą w Syrii i to wcale nie po tej samej stronie, co wojska Rosyjskie. Już niemal co kilka dni dochodzi do jakiś drobnych incydentów między państwami NATO i UE a Rosją. A to służby rosyjskie za pośrednictwem Internetu starały się wpłynąć na wynik wyborów w USA, a to rosyjscy halerzy atakują sieci energetyczne państw bałtyckich, a to jakieś rosyjskie samoloty przelatują niebezpiecznie blisko NATO-wskich samolotów lub okrętów. Trudno też nie zauważyć coraz większej masy wojsk obu stron w pobliżu granic.

U mnie, na Mazurach, gdzie o rzut beretem mamy granicę z Obwodem Kaliningradzkim, krąży dowcip, że wymieniono nam w lesie zwierzynę. Dawniej po lasach chodziły łosie i żubry, a teraz kręcą się rosomaki i leopardy.

Wojna hybrydowa, czy internetowa?

W pierwszej fazie konfliktu na Ukrainie mówiono o „zielonych ludzikach” i wojnie hybrydowej. Tak naprawdę „zielone ludziki” nie są niczym nowym. W niejednym konflikcie w przeszłości, zarówno służby i wojska ZSRR, jak i USA działały udając, że ich tam nie ma. Cały okres zimnej wojny (1954-1990) polegał w dużym stopniu na toczeniu wojen zastępczych i walk cudzymi rękami. Wojska obu bloków walczyły, teoretycznie nie ze sobą, w Korei, Wietnamie i Afganistanie. W dwóch pierwszych przypadkach ZSRR udawał, że jego wojsk tam nie ma (a były, choć w zapleczu), w Afganistanie, w okresie wojny z ZSRR, Amerykanie udawali nieobecnych. Podobnie było w wielu, pozornie tylko lokalnych konfliktach. Pamiętam, jak mój ojciec, czytając o działaniach wojska Che Guevary w Kongo, powiedział: - Nareszcie zrozumiałem, co to są Kozacy Kubańscy.

Od końca lat 80. XX wieku pojawiło się nowe pole walki – Internet. W książce „Życie pod wiatr” opisałem początki działania wywiadów Internecie. Jaki to było jeszcze raczkujące… Koniec lat 80., wywiad USA uzyskał program śledzący jednocześnie 1600 osób. Taka inteligentna baza danych i automatyczny włamywacz do cudzych komputerów w jednym. Program zbierał wszelkie ślady elektroniczne (przelewy, płatności kartą, maile itp.) i szedł śladem włamując się do kolejnych komputerów i wyciągając wnioski. Np.: wzrosły rachunki za prąd i wodę => Ktoś u niego mieszka. CIA zrobiło w programie tajną furtkę i sprzedało go Mosadowi. Mosad zrobił kolejną i sprzedał kilku krajom. W efekcie CIA i Mosad zbierały informacje zdobyte przez kilka innych krajów. W porównaniu z możliwościami dzisiejszych systemów, to była dziecinna zabawa. Ludzie, firmy, instytucje i państwa zostawiają dziś tysiące razy więcej śladów elektronicznych, a oprogramowanie wywiadowcze jest naprawdę potężne. W dodatku rozbudowano do perfekcji zwiad satelitarny i lotniczy, także z użyciem dronów. Żyjemy w świecie, w którym dowiedzieć się o przeciwniku można wszystkiego, kwestia tylko nakładów finansowych, pracy i pomysłowości.

I tu pojawiła się nowa metoda walki: wpływanie przez Internet na proces decyzyjny przeciwnika.

A może wojna socjotechniczna?

Służby co najmniej kilku państw autorytarnych, w tym Rosji, zrozumiały, że Internet może być znakomitym narzędziem do destabilizacji wewnętrznej państw demokratycznych i, co więcej, demokracje są wobec tego bezradne. Ale sam Internet to za mało. Dopiero szeroki dostęp do informacji, jaki daje Internet, połączony z perfidną socjotechniką staje się groźnym narzędziem. Służby ZSRR stosowały socjotechnikę w propagandzie od dawna. Metoda kreowania nie istniejących zdarzeń w celu wywołania odpowiednich nastrojów społecznych nie jest niczym nowym.
W latach 80. XX wieku komunistyczne media podały na przykład fałszywą informację, że biskup Tokarczuk współpracował z gestapo. Gdyby tak po prostu napisała to Trybuna Ludu, to efekt byłby żaden. Nikt by nie uwierzył, więc Trybuna Ludu „cytowała” mało znaną włoską prawicowa gazetkę, która podała taką informację powołując się na „źródła w Watykanie”, czyli mętne źródła (jakie, które, kogo konkretnie?). Ta ultra prawicowa gazetka była we Włoszech niemal nieznana, niemal nikt jej nie czytał, bo i nie miał czytać. Tę gazetkę założyło KGB właśnie po to, by ją cytować: „jak podaje włoska prasa, powołując się na źródła w Watykanie…”. No, to już brzmiało lepiej niż po prostu jakiś artykuł Gontarza w TL. Ale to było jeszcze nic w porównaniu z tym, co dzieje się teraz.

Kreowanie nieistniejących zdarzeń nie jest już takie prymitywne, jak tylko wrzucenie zmyślonej informacji w kilkuset miejscach w Internecie. Dziś takie programy, jak wspomniany już program do szpiegowania ludzi, śledzą już nie 1600 osób, tylko znacznie więcej i w większości wcale nie po to, by tych ludzi podsłuchiwać i podglądać. Zbierane są informacje o milionach osób i przetwarzane. Przez program, ludzie do tego nie są potrzebni. Maszyna stosuje odpowiednie filtry i tworzy model osoby – ile ma lat, czym się interesuje, gdzie bywa, kogo zna… Znakomicie sprzyja takim akcjom Facebook.

Teraz już fałszywa informacja o nieistniejącym zdarzeniu trafia w sposób sterowany, selektywny. W innej formie podsunięta jest nastolatce, w innej matronie, w innej cwaniakowi, a jeszcze inaczej intelektualiście. Co więcej, każda z tych osób może otrzymywać tylko dobrane fragmenty informacji, która w świadomości społecznej sama ułoży się w całość.

Dalej dział już czysta psychologia. Większość ludzi nieświadomie powiela informację, która z jakiegoś powodu ich zainteresowała. Powiela lajkując albo oburzając się, nie ma znaczenia. Fałszywa informacja zostaje podchwycona przez sensacyjne media i już po kilku godzinach wiedzą o niej miliony ludzi. Jest już w tylu miejscach, że nie sposób stwierdzić, że jest fałszywa. Nawet jeśli znajdzie się świadek, który będzie dementował, to nikt go nie posłucha, zostanie zignorowany lub uznany za wariata.

Destabilizacja sterowana i twierdzenie Czoka

Swego czasu byłem świadkiem rozmowy świetnego polskiego alpinisty Andrzeja Czoka z dziennikarzem. Rozmawiali o górach i egzotycznych krajach. W pewnym momencie dziennikarz spytał, jakie jego zdaniem jest najbardziej niebezpieczne dla podróżników zwierzę. Andrzej odpowiedział: - Idiota w składzie wyprawy. Uświadommy sobie, że dotyczy to nie tylko wypraw. Kto jest najbardziej niebezpieczny dla państwa, dla społeczeństwa? Idiota u władzy, idiota na urzędzie, idiota poseł, idiota minister…
Od dłuższego czasu obserwuję, jak, za pomocą sterowanej dezinformacji, służby rosyjskie (wcześniej ZSRR) starają się wpływać na wyniki wyborów w demokratycznych krajach. Głośno zaczęło być o tym przy okazji wyborów prezydenckich w USA, ale działania takie były już wcześniej i, jestem przekonany, były prowadzone także w Polsce. Wiemy przecież o wsparciu Rosji dla Radia Maryja, o zadziwiająco wielu ludziach powiązanych z Rosją w otoczeniu Macierewicza. Sygnał telewizji Trwam nadawany był do satelity z anteny położonej w obwodzie Kaliningradzkim i na częstotliwości przeznaczonej dla GRU. W czasie, gdy Rosja wyrzucała ze swego terytorium polskich księży, sygnał Radia Maryja można było odbierać nawet na Sachalinie.

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Czy rosyjskie FSB lubi księdza Ryzyka? Wątpię. Oni po prostu wiedza, że jest niezwykle szkodliwy dla polskiego kościoła i dla Polski w ogóle. Otoczenie Putina zapewne uważa, że wymyśliło znakomity patent na podbicie znacznie silniejszej niż Rosja Europy. Trzeba państwa europejskie kolejno pozbawiać siły, rozbijać jedność, wkraczać do nich dopiero, kiedy same doprowadzą się do stanu bezbronności.
A jak to zrobić? Trzeba spuścić ze smyczy te najbardziej niebezpieczne polityczne zwierzęta – populistów, karierowiczy, egoistów, nawiedzonych, nieuków… Trzeba pomóc im zdobyć władzę. Resztę zrobią już sami, z głupoty.

Dzisiejsze służby rosyjskie są już znacznie inteligentniejsze od służb dawnego ZSRR. Nie popierają już „swoich”, tylko szkodliwych. Macierewicz może być fanatycznie antyrosyjski. Nie szkodzi, ważniejsze, że szkodzi Polsce. Trzeba otoczyć go swoimi ludźmi i podpuszczać. Niech zrywa umowy na śmigłowce, niech marnuje pieniądze na obronę terytorialną… Z punktu widzenia Rosji ta obrona terytorialna może sobie być, wybije się ją w kilka godzin i to bez strat własnych. Ważniejsze, że polskie wojsko marnuje na nią pieniądze, za które można by obsadzić wakujące żołnierskie etaty, albo kupić nowoczesny sprzęt.

Nie wiem, w jakim stopniu służby rosyjskie wpłynęły na poglądy Polaków przed wyborami, ale podejrzewam, że niektóre operacje wymyślili i wspomagali ludzie znacznie inteligentniejsi niż Kaczyński, w dodatku ich widzenie nie było zaburzana przez ideologię. Pomyślmy, jak to się stało, że wbrew oczywistym faktom tak duża część społeczeństwa uwierzyła w „Polskę w ruinie”. Jak to się stało, że społeczeństwo zarabiające coraz więcej i żyjące coraz lepiej, uwierzyło, że jest mu coraz gorzej? Powszechne zaćmienie mózgu? A może masowo i w przemyślany sposób kreowana fałszywa informacja?

Niezależnie od tego, czy moja teoria jest prawdziwa, albo w jakim stopniu jest prawdziwa, warto sobie uświadomić, że to, co dzieje się w Polsce może być wstępem do znacznie gorszych scenariuszy, niż tylko parę lat kaczyzmu. Być może przesadzam, ale z ostrzeżeniami jest tak, że lepiej przesadzić i najwyżej się nie spełni, niż zlekceważyć, bo może się spełnić.

Jedno jest pewne, gdyby Pupin chciał mieć w Polsce dywersantów, to lepszych niż Kaczyński, Macierewicz i Ziobro by nie znalazł. Polska jest coraz bardziej osamotniona, ośmieszona, lekceważona. Polska armia jest w dużym stopniu zdemolowana, a tysiące stanowisk w państwie i gospodarce obsadzone jest przez ludzi niekompetentnych, źle wykształconych i nieuczciwych.
I warto się zastanowić, czy nie stoimy przed znacznie większym niebezpieczeństwem, a to, co się dzieje, nie jest do niego tylko przygrywką.

Krzysztof Łoziński

3 komentarze:

hejka hej pisze...

Idealne podsumowanie i trafne .W punkt !

Bob Shark pisze...

Zgadzam się z panem Łozińskim w 99%... ten jeden procent niezgody dotyczy marginalizowania roli Kaczynskiego i Maciarewicza w rosyjskiej intrydze wymierzonej w Polskę. Można się jedynie zastanawiać, czy działania tych "panów" stanowią konsekwencję "moskiewskich teczek"- haków, czyli materiałów mogących ich skompromitować w oczach polskiej opinii publicznej, czy też mają charakter "wolontariatu" -pełnej akceptecji azjatyckiej wizji organizacji społeczeństwa zbieżnej z putinowska wizją "russkowo mira". Wychodzi na jedno.. na korzyść putinowskiej Rosji! Rusko-mongolska: zamordystyczna, etatystyczna, centralistyczna wizja samodzierżawia realizowana jest przez tzw. "obóz patriotyczny" właściwie od samego początku, od chwili przejęcia władzy przez pis i ich akolitów.

W moim przekonaniu, Kaczyński wleczony jest prze Moskwę na haku swojej homoseksualnej orientacji. Nie jest przecież tajemnicą -w gejowskich kręgach- że ten "zbawca Narodu", to w swej istocie: stary pederasta! Fakt homoseksualizmu Kaczynskiego (świadectwa Niesiorowskiego, Biedronia, Stonogi -słyszał kto, o procesie przeciw Stonodze w sprawie jego często nawet ordynarnych wypowiedzi i oskarżen?), który nie stanowiłby żadnego problemu w środowisku artystycznym, inzynierskim, czy akademickim -na politycznej prawicowej scenie stanowi wyrok smierci! W tym srodowisku już samo podejrzenie o praktyki sodomistyczne stanowi stygmat nie do zamazania. Dlaczego, mimo wszystko, Kaczyński unika anatemy? Korzysta z klimatu polskiej inteligenckiej tolerancji, choć sam jest jej chodzącym zaprzeczeniem. Pieknoduchy (nawet ci, którzy znaja prawdę) uważają, że to argumenty poniżej pasa (doslownie) wiec z nie godne uzycia w politycznej rozgrywce! Ale konsekwencje takiej postawy (rzekomej moralnej wyższości) są dla Polski tragiczne!

Teczka z nagraniami audio-video, ktora leży sobie na Łubiance stanowi cyngiel, który Putin pociąga zgodnie ze swoimi bieżacymi geopolitycznymi potrzebami. Oczywiście, każdy przyzwoity człowiek, ma prawo się zżymać na tego rodzaju argumenty, ale nie zminia to postaci rzeczy, że ostatecznie: Kaczyński jest dokładnie taką samą marionetką Moskwy, jak, tu w Warszawie, niejaki, nijaki Duda (pełniący obowiazki prezydenta), jest jedynie bezwolną pacynką prezesa pis. Można z odrazą odrzucać, tego rodzaju "niegodne" argumenty, wyciągane w walce politycznej, przeciw "panu Jarosławowi", jednak, to co stanowi prywatną sprawe przyslowowego " geja p. Kowalskiego" -w przypadku "pederasty nadnaczelnika państwa" stanowi sprawę państwową i wymaga wyjaśnienia.. wyjaśnienia samego p. Kaczyńskiego.

W przypadku Maciarewicza moskiewskie tropy są bardziej wyraźne i zancznie lepiej udokumentowane przez dziennikarstwo śledcze.. głowa MON psuje się od p. Ryby, a dalej jest jeszcze gorzej: rozbicie i rozbrojenie Armii, likwidacja potencjału wywiadowczego, tworzewnie WOT (tituszek pisowskich) nie wymaga nawet rozwinięcia, to fakty o ktorych wszyscy wiedzą, ale nikt, nic nie robi! Takie czasy...

Paweł Kolasa pisze...

A może to Pan, Panie Łoziński jest ogniwem tego GRU i usiłują Pana rękoma podważyć szczerość intencji obecnego rządu RP ?