piątek, 31 marca 2017

Facebook jako siła nowych ruchów społecznych i politycznych oraz śmiertelne dla nich zagrożenie

Kiedy wybuchła tak zwana Arabska Wiosna, bardzo wielu publicystów i ekspertów od krajów arabskich wyrażało opinię, że nie byłaby ona w ogóle możliwa bez istnienia Facebooka. Według nich to właśnie na tym portalu społecznościowym uczestnicy demonstracji zwoływali się w autorytarnych arabskich państwach, by protestować przeciwko reżimom tam rządzącym. Jeśli im wierzyć, było to doskonałe medium, służące do błyskawicznego porozumiewania się w celu organizacji większych przedsięwzięć, wymiany poglądów, budowy wspólnej płaszczyzny ideologicznej, snucia politycznych planów przebudowy własnych państw i społeczeństw. O ile jednak wystarczyło do wywołania kilku rewolucji, okazało się niewystarczające, żeby zakończyły się one sukcesem.

A może rzecz nie w tym, że Facebook okazał się niewystarczającym narzędziem, aby początkowe sukcesy ruchów wolnościowych zamienić w trwałe zwycięstwo? Może Facebook jest w istocie portalem, który bardziej niż wywołać rewolucję - potrafi doprowadzić ją do upadku, bardziej niż zorganizować nowy ruch społeczny - nadaje się do jego destrukcji? Nie jestem specjalistą od krajów arabskich, więc nie będę tu wnikał, jak wpływ miał ten portal na smutny koniec Arabskiej Wiosny i znane nam dziś jej wszystkie tragiczne konsekwencje. Skupię się na amatorskiej analizie wpływu tego medium na powstanie i funkcjonowanie KOD-u, bo w tym ruchu od początku uczestniczę a jednocześnie jestem zarejestrowanym użytkownikiem portalu a jedynie jego sporadycznym gościem. Dlatego wydaje mi się, że jestem w stanie zachować obiektywizm.

Niestety, w mojej ocenie Facebook na obecnym etapie działania stowarzyszenia stwarza dla niego więcej zagrożeń niż przynosi korzyści. Zalety portalu, oczywiście, wszyscy znają, bez niego nie było by po prostu KOD-u, ale okres wiosny i lata mamy już dawno za sobą, a obecnie przyszły wichury jesieni i grożą nam za chwilę zimowe trzaskające mrozy. Dlatego skupię się na wskazaniu wad Facebooka, z których, według mnie, mało kto sobie zdaje sprawę, a które stanowią dla nas śmiertelne zagrożenie.

Jedną z tych wad jest fakt, że portale społecznościowe to jeden wielki obszar nieporozumień. Brzmi nieprawdopodobnie, a jednak to prawda. Wystarczy tylko przyjrzeć się rzeczywistej praktyce funkcjonowania naszego portalu. Ludzi, których jednoczy przecież jedna idea, bez przerwy dzielą jakieś nieistotne szczegóły, osobiste animozje i anse. Dlaczego tak jest? Czy winą należy obarczyć nasze charaktery? Na pewno tak, ale moim zdaniem problemem jest również sama konstrukcja portalu. Tu należy przede wszystkim zwrócić uwagę na braki w komunikacji pozawerbalnej. Na Facebooku nie możemy zobaczyć gestów, mimiki, słowem odczytać mowy ciała. Nie słyszymy tonu i wysokości głosu, więc ocena zabarwienia emocjonalnego wypowiedzi rozmówców częściej jest wynikiem nastawienia czy nastroju odbiorcy niż rzeczywistych intencji autora wpisu. Twórcy portalu już dawno to zauważyli i umożliwili swoim klientom korzystanie z czegoś na kształt protezy w postaci wszelkiego rodzaju emotikonów - od serduszek po liżące się po uszach pieski. Dodatkowo odebrali swym klientom możliwość postawienie kciuka w dół. Jak się jednak okazuje i to nie wystarcza. Nadal nie potrafimy się zrozumieć. Być może po prostu nie da się w kilka lat stworzyć systemu zastępującego podświadomą wiedzę, nabywaną przez nasz gatunek przez cały proces ewolucji? Dodatkowym problemem jest prędkość przekazywania informacji za pośrednictwem naszego medium, która pozwala nam reagować na wpisy uczestników dyskusji często szybciej niż się nad naszą reakcją zastanowimy. Jeśli jednocześnie ktoś, kto ma przeciwne zdanie, będzie się charakteryzował brakiem dystansu i opanowania - do zabrnięcia w ślepy zaułek wzajemnych oskarżeń i epitetów niewiele potrzeba.

Najważniejszym jednak zagrożeniem jest narkotyczne oddziaływanie internetu i nałóg, w który przez to możemy wpaść. Jest to już jednostka chorobowa, którą leczy się ośrodkach terapeutycznych, specjalizujących się w uzależnieniach. Pojawiają się tu te same elementy – możliwość oderwania się od rzeczywistości, mechanizm szybkiej nagrody, którą każdy wypłaca sobie w coraz większych dawkach, alienacja od świata zewnętrznego itp. itd. Wystarczy przecież napisać tylko kilka słów, żeby dostać za chwilę kilka lajków, które wprawiają nas w dobry nastrój. Znamy chyba wszyscy te emocje, kiedy się na nie czeka i kiedy czyta się odpowiedzi. Niestety, jak to z uzależnieniami bywa, uzależniony potrzebuje bardziej intensywnych doznań. Zawsze więc chcielibyśmy, aby i tych lajków i tych odpowiedzi było coraz więcej, żeby to właśnie na naszej wypowiedzi skupili się inni uczestnicy dyskusji. Eskalujemy więc doznania tym bardziej, że obie strony dyskusji otrzymują poparcie od innych uczestników, aż do utraty nad tym wszystkim kontroli. Dyskusje coraz częściej zaczynają przypominać „rozmowy” pijanych alkoholików, w których każdy krzyczy, a nikt nikogo nie słucha, co kończą się jednym wielkim mordobiciem.

Imprezy tego typu potrafią na całe godziny odrywać ich uczestników od normalnego życia i obowiązków. Odpowiedzcie sobie sami uczciwie na pytanie: ilu z Was zawaliło jakieś ważne do załatwienia sprawy, zarwało całe dnie i noce na kompletnie jałowe, nikomu niepotrzebne spory lub ich niekończące się omawiania, czy na drugi dzień nie budziliście się przypadkiem niewyspani, na wielkim kacu, w poczuciu niesmaku, by po chwili... „walnąć klina” kolejnym „błyskotliwym” wpisem i rozpocząć wszystko od nowa? Ilu z was budzi się i zasypia z komórką w ręku?

Czy to nie czas, by się nad tym głębiej zastanowić? FB tworzy nie tylko środowisko do rozwoju nałogu. Jest to również zamknięta przestrzeń, idealna do powtórzenia w internetowej wersji eksperymentu Stanfordskiego. Wystarczy przecież podzielić uczestników doświadczenia na władców – moderatorów, adminów, twórców regulaminów oraz ich podwładnych, by wszyscy odegrali znane nam wszystkim role. Nagle ci sami mili i rozsądni ludzie okazują się niezrównoważonymi despotami, podejrzliwymi kacykami, węszącymi wszędzie spisek, nieczułymi urzędnikami, którzy każą i nagradzają, dzielą i rządzą, urządzają nagonki na niepokornych. W założeniu walcząc o wolność i demokrację, robią wszystko co im zaprzecza. Poddani kontroli i szykanom władzy, szeregowi członkowie grup automatycznie tworzą grupy oporu, które niejednokrotnie walczą między sobą. Pojawiają się szpiedzy, donosiciele i prowokatorzy oraz milcząca większość, która poddaje się i przypatruje temu ze zgrozą. Tak jak w Stanfordzie, każdy niby może w dowolnej chwili wyjść z eksperymentu, ale podobnie jak tam – decydują się na to tylko wyjątki. Ci, co zrezygnowali lub zostali wyrzuceni, po chwili otrzeźwienia nie mogą pojąć, dlaczego będąc wewnątrz, zachowywali się tak, a nie inaczej. Ci, co biorą nadal w tym udział, odgrywają bezmyślnie swoje role.

Idea, która nas tu wszystkich ściągnęła i FB – portal, który stworzony został z założenia dla komunikacji miedzy ludźmi i ich dobra, jak dr Zimbardo w lekarskim fartuchu nadaje temu zamkniętemu światu pozory realnego, w którym wszystko odbywa się zgodnie z przyjętymi i właściwymi regułami, słowem tworzy alibi dla pojawiających się niegodziwości. Na grupach rodzą się budowniczowie mostów na rzecze Kwai, którzy po stworzeniu swoich skomplikowanych konstrukcji (np. regulaminu grupy) nagle zapominają, czemu on ostatecznie ma służyć i za cenę zachowania dla potomnych efektów swojej mrówczej pracy, z której są tak dumni, potrafią ku uciesze wroga zaszkodzić swojej własnej armii. Tym łatwiej wielu osobom zatracić się w przydzielonej roli, jeśli w realnym życiu nigdy podobnej nie sprawowali. Pół biedy, jeśli stanowisko dostanie się ludziom ustatkowanym, zrównoważonym słowem normalnym. Gorzej, jeśli władza dostanie się w ręce osób z poważnymi deficytami osobowości. Internet to w ogóle idealne dla nich środowisko, a FB pod tym względem nie wyróżnia się, niestety, na korzyść - wręcz przeciwnie. Dlatego jest to bardzo często arena uzależnionych od złych emocji frustratów, którzy usiłują się tu leczyć, poniżając innych, manipulując i intrygując. Przykłady można byłoby mnożyć.

Tyle jeśli chodzi o kwestie natury ludzkiej, jej wad i ukrytych w niej zagrożeń, które potęguje lub ujawnia przestrzeń portali społecznościowych. Trzeba się również zastanowić nad ich rzeczywistą skutecznością dla realizacji celów, dla których ludzie postanowili w nich zaistnieć. Tu też widzę zasadniczą wadę. W istocie ich uczestnicy tworzą zamknięty hermetyczny krąg, w którym przekonani przekonują przekonanych, fetują w swoim gronie swoje sukcesy, „rozprawiają się” w swoim gronie z politycznymi przeciwnikami, których w nich nie ma albo spierają o nieistotne szczegóły. W związku z tym ich wpływ na świat zewnętrzny, na rzeczywistość, wobec, której są w opozycji - jest niezauważalny. Dam przykład. Po jednej z udanych wielotysięcznych manifestacji na forach facebookowych KOD trwało kilkudniowe święto - wymiana wrażeń, zdjęć, filmików i pozytywnych komentarzy w artykułach czy programach, sprzyjających KOD-owi mediów, podczas gdy w tych samych mediach, które cieszyły KOD-erów swymi informacjami, na otwartych forach w komentarzach trwał nieustający łomot. Niepowstrzymana fala PiS-owskiego hejtu zalewała je bez żadnej tamy, której zajęci czym innym członkowie i sympatycy stowarzyszenia nie mieli czasu stawiać.

Opisana sytuacja wynika, niestety, z tego, że FB swoich użytkowników potrafi skutecznie odizolować od świata i dyskusji, które się w nim toczą. Zawsze znajdzie się ktoś, kto za nas przyniesie na grupy wybrany artykuł, film, fragment wiadomości i tylko tu, i wyłącznie tu się nad nim dyskutuje w zamkniętym kręgu ludzi wyznających te same poglądy. Przy okazji jednak zawsze znajdą się jakieś różnice, które można wyolbrzymić do niesłychanych rozmiarów, a skoro nie ma wokół wrogów, pozostaje walczyć na śmierć i życie w kręgu sprzymierzeńców. Przecież frustracje związane z brakiem akceptacji dla tego, co się w Polsce obecnie dzieje, trzeba gdzieś rozładować. Za czasów, kiedy PiS był w opozycji, przyglądając się temu co się działo w tej partii, nazwałem tę sytuację „syndromem krótkich zębów”. A przecież w każdej chwili facebookowi zagończycy mogliby wyjść „do ludzi” i poszukać sobie przeciwnika na forach WP, Interii, Onetu czy gdziekolwiek indziej w szerokim świecie Internetu. Nie robią tego jednak i tkwią na FB jak zając, chwycony w reflektory samochodu, który za chwilę go przejedzie.

Opisane powyżej wady sprawiają, że portal ten to olbrzymie pole do manipulacji. Niezwykle łatwo stworzyć tu fejkowe konta i puścić w obieg fałszywe informacje. Napuścić z ich pomocą jednych na drugich. Stworzyć wedle uznania atmosferę euforii lub zagrożenia i sterować z ich pomocą całymi grupami osób. Przykładów w historii KOD jest cała masa. Dlatego też nasi wrogowie czy urodzeni manipulanci - amatorzy czują się tu jak ryba w wodzie a zawodowcy otrzymują potężne narzędzie do pracy. Dla fachowca nie przedstawia żadnych trudności stworzenie bezbłędnego profilu psychologicznego poszczególnych użytkowników na podstawie danych, zdjęć, filmów, które w portalu publikują, analizy słuchanej muzyki i przeglądanych stron, tak jak nie sprawia później trudności dobranie odpowiedniej metody do zmanipulowania tak prześwietlonego człowieka.

Jeśli jakieś służby rzeczywiście ingerują w działanie naszego ruchu, dzieje się tak przede wszystkim za sprawą jego internetowego, czyli otwartego charakteru. Jednak, żeby nas zniszczyć, nie potrzeba wcale działania służb. Budowa portalu niejako samoistnie czyni spiskowca z każdego jego uczestnika. Te wszystkie grupy i podgrupy, czaty, roomy (pokoje), piwnice i podpiwnice to istny labirynt idealny do tworzenia spisków. Gdzie trzy osoby dyskutują, tam można stworzyć jedną otwartą i trzy tajne grupy, potem nawzajem się z nich wyrzucać i ponownie przyjmować - jak na podwórku gdzie więcej było „band” niż chętnych dzieci, żeby do nich należeć.

Wyobraźmy sobie wielką salę, na której odbywa się przyjęcie przy wspólnym stole. Jeśli po jakimś czasie trwania imprezy od głównego stolika odrywa się mała grupka lub, jeszcze gorzej, odsunięta jest przez wodzireja, atmosfera zaczyna gęstnieć. Jeśli do tego przy stoliku odrzuconych dyskutuje się ściszonymi głosami i co jakiś czas wybuchają salwy śmiechu a po nich roześmiane twarze przyglądają się wybranym gościom przy stole głównym czy innych pod-stolikach - mordobicie nad ranem jest pewne. Chociaż z pewnością każdy z nas zdaje sobie z tego sprawę, na FB dopuszczamy możliwość funkcjonowania dokładnie takiej właśnie sytuacji, dziwiąc się jednocześnie, że wszyscy do wszystkich mają pretensje i wszyscy wszystkich podejrzewają o złą wole, plotki i knowania.

Czy wobec opisanych wyżej wad FB, można rzeczywiście za pomocą tego portalu stworzyć i z sukcesem prowadzić dużą społeczną organizację? Stworzyć na pewno, jednak jej utrzymanie będzie prawie niemożliwe, jeśli nie uświadomimy sobie tych wszystkich niebezpieczeństw, o których pisałem i pewnie wielu innych, które pominąłem.

Wnioski

Dostaliśmy do ręki narzędzie, do używania którego moim zdaniem nie jesteśmy jeszcze przygotowani. Jeśli mamy przetrwać jako organizacja, potrzeba nam więcej samoświadomości, dyscypliny i powściągliwości. Róbmy sobie przerwy od Internetu dla nabrania dystansu. Organizujmy więcej akcji i spotkań w realu. Organizujmy się w grupy na innych, nie KODerskich forach. Jeśli rzeczywiście nie radzimy sobie z własnym, polemicznym temperamentem, adwersarzy do ostrej dyskusji powinniśmy szukać poza naszymi stronami FB. W internecie jest mnóstwo miejsc, gdzie można bronić naszego wspólnego stanowiska, zamiast wynajdować detale, które nas różnią w miejscu, do którego nikt z zewnątrz nie zagląda. Jeśli jednak już spieramy się wewnątrz, zawsze powinniśmy stosować złotą zasadę, która mówi, że jeśli nie wiesz jak się zachować, zachowaj się przyzwoicie. Powinniśmy wiedzieć, że wszystko, co piszemy na stronach portalu, może nie tylko być użyte przeciwko nam, indywidualnym członkom, ale i przeciw stowarzyszeniu. Tak jak powinniśmy mieć świadomość, że w Internecie nie ma tajnych i zamkniętych grup, bo zapisy tam umieszczone i tak prędzej czy później wypłyną na światło dzienne. Dlatego niezależnie od tego, w jak tajnej grupie piszemy, lepiej piszmy tak, jakbyśmy rozmawiali ze sobą twarzą w twarz, w publicznym miejscu, gdzie wszyscy nas słyszą. W ogóle zalecałbym jak najmniej zamkniętych, tajnych i nietajnych grup, podobnie jak zalecam liberalizację regulaminów i sposobu moderowania grupami głównymi tak, żeby nie było potrzeby ich mnożenia.

I na koniec - nigdy nie powinniśmy zapominać, dlaczego powstał KOD. To obrona demokracji jest w tym wszystkim najważniejsza - nie Facebook, nie grupa ta czy inna, nie regulamin, nie stanowisko, które się od stowarzyszenia otrzymało, nie konieczność udowodnienia innym, że jest się od nich mądrzejszym czy lepszym. To wszystko są nieistotne drobiazgi, które odciągają naszą uwagę od realizacji naszego celu.

Jerzy Walasek

PS. Tekst ten napisałem jeszcze przed ogłoszeniem przez byłych członków Zarządu Regionu WM powodów swojej decyzji. Po lekturze ich oświadczeń stwierdzam, że potwierdziły one większość z postawionych przeze mnie tez. Mam nadzieję że dyskusja nad tym, co tu napisałem, pomoże nam oczyścić atmosferę w regionie i może będzie punktem wyjścia dla regionalnego okrągłego stołu. Oczywiście, Facebook nie ponosi całej winy za problemy, z którymi się teraz borykamy, każdy z nas powinien zastanowić się trochę nad sobą i jeśli będziemy umieli uderzyć się we własne piersi, powinno się udać.

2 komentarze:

Jerzy Dramowicz pisze...

Jerzy, bardzo dobrze napisana analiza. Dzieki.
Masz bardzo dużo racji w swoich wywodach i wnioskach.
Życzę powodzenia tobie i nam wszystkim w odnowie ducha naszego ruchu na WM.

J. Walasek pisze...

Dzięki :) Myślałem, że nikt tego nie przeczyta :)