wtorek, 1 marca 2016

Resortowi rodzice... czyli wspomnienia wojennej młodości żony łagiernika cz. 9. U naczelnika obozu, Powrót

Nazajutrz poszłyśmy do domu Naczelnika Łagru. Był nim młody lejtenant. Sympatyczny w rozmowie. Powiedziałam, że jesteśmy w delegacji, pokazałam papiery, a że blisko obozu, czy nie mogłybyśmy widzieć się z naszymi mężami i podać trochę przywiezionych rzeczy, tj. ubranie, buty, coś do jedzenia. On na to:
– I tylko to?
– Owszem nie tylko, ale nie śmiem mówić.
– No, mów śmiało!
– Czy nie dałoby się dołączyć ich do zwalnianych internowanych chorych? Wiemy że trochę tych ludzi już wróciło.
Wręczyłam dwadzieścia rubli w złocie wieczne pióro ze złotą stalówką a dla żony parę ładnych ciuszków.
Obiecał widzenie a co do zwolnienia – niestety! 
– Zdrowi są, młodzi, w żadnym wypadku nie da się zakwalifikować do chorych.
Trudno. Jeszcze pytał, czy meldowałyśmy się na milicji?
– Zacziem? Wy, kanieczna, samyj gławnyj naczialnik zdieś. My k wam priszli. (Po co? Wy przecież tutaj najważniejszy naczelnik. Do was przyszliśmy.).
Widocznie połechtało to jego ambicję. Uśmiechnął się.
Na drugi dzień, po powrocie z kopalni zarządzono apel i „prawierku”. Naczelnik szedł wzdłuż szeregów i wybierał.
– Ty wystąp, ty, ty i ty – i tak kilku kolegów Stacha i Tolka. Pomyśleli:
– Biada nam. Żony wpadły, my, i jeszcze niczego niewinni koledzy!
Przelękli się, nie wiedząc, co jest grane. Myśleli o najgorszym.
Naczalnik kazał im iść do łaźni (wody dostawali dwa litry na łebka do umycia się po pracy w kopalni), a wtedy, na ich dwóch, ciepłej wody do woli. Fryzjer ostrzygł pięknie na kancik, ogolił... I dopiero się wyjaśniło po co wybierano kilku kolegów. Oni mieli trochę lepsze waciaki i kalosze! Ubrano w nie Stacha i Tolka, i tak uszykowanych, pod bagnetem, prowadzono na szczególną „randkę”.
Przed budynkiem, w niewielkiej odległości poza obozem, czekałyśmy jakiś czas. Przyszli. Jeden sołdat wszedł z nimi, a drugi został przy nas.
W tym czasie żołnierz starał się nawiązać rozmowę. Pytał, jak u nas się żyje? Na pewno lepiej! – sam sobie odpowiadał. My byłyśmy ostrożne – mogła być „podpucha”. Dalej – co Ameryka myśli? Czemu nie zrobi z Sowietami porządku? Im już obrzydła nędza! Przelatywały wrony, a on, śmiejąc się mówi:
– Wot, eta stalinskije kurycy!
A na kozy: – Eta stalinskije karowy!
Co można było odpowiedzieć na taką gadkę? Na szczęście wezwano go na „swidanije”.
W jednym pokoju siedział naczelnik, Tolek i ja, w drugim – sekretarka, Stach i Kazia. I tak rozmawialiśmy dziesięć minut, przy świadkach. Oni oczywiście rozumieli polską mowę więc gadaliśmy oględnie, o byle czym.
Dziesięć minut szybko minęło, podałyśmy u ruskich kupione, robocze, szare ubrania, kamasze, sucharki, słoninę, kiełbasę itd. Takie było nasze widzenie – i do odjazdu przekazywaliśmy wiadomości tylko przez Kiryła.
W sumie byłyśmy tam dwa tygodnie chodziłyśmy z ciotką na bazar kupić cokolwiek do jedzenia. Do dziś mam w oczach tę nędzę: zboże sprzedawano na „stakany” (szklanki), słoniny plasterek, może ze dwa deka, za dziesięć rubli, kartofle po dziesięć sztuk kupka, tylko owoce były dość tanie i piękne pomidory, bakłażany...
Niektórzy na targ przyjeżdżali na krowach, zaprzężonych w arby (takie dwukółki), krowiny chude, o małych wymionach, popielate, z dużymi rogami.
Bo ileż mogła dać mleka taka krowa? Jeśli służyła także za zwierzę pociągowe i do pracy na roli? Był rok 1945 wrzesień Związek Radziecki wyzwolony i kilka miesięcy po zakończeniu wojny, a nasi ludzie ciągle za drutami!...
Chodząc po miasteczku widziałyśmy małych chłopaków, z wyglądu nie mających dziesięciu lat. Mizernych, z górniczymi latarkami, w podartych szmatkach. I przypomniał mi się wierszyk – popularny wtenczas w Wilnie, przytaczam w oryginalnym brzmieniu:
Od potopu do Sawieta
Nie widziała żopa świeta,
Jak sawiecka właść nastała,
Żopa sołnce uwidziała.
Rzeczywiście, świecili przez dziury gołym ciałem.
Biedny, umęczony naród!!!

Powrót

Wracałyśmy z ciężkim sercem, ponieważ nie dało się załatwić uwolnienia naszych mężów.
Kiryłowi zostawiłyśmy sporą sumkę pieniędzy, parę kilo wędzonej słoniny w tajemnicy przed nimi na wszelki wypadek, gdyby się udało w jakiś sposób uciec.
Pożegnałyśmy wspaniałych ludzi, którzy ryzykując wiele pomogli nam i okazali tyle serca. Między innymi i im w ten sposób pragnę wyrazić swoją wdzięczność. Za życia męża nie mogłam tego pisać, ani utrzymywać kontaktu z tą rodziną. Stale się bał, że ktoś doniesie i znowu znajdzie się tam...
W powrotnej drodze miałyśmy prawie puste walizki, jedynie trochę owoców niosłyśmy, ale i to było za ciężkie na wędrówkę pieszą tyle kilometrów.
Znowu nocleg u tej kobiety, wynagrodzenie za wszystko, co nam uczyniła – i pożegnanie! Wsiadłyśmy do pociągu przepełnionego tak, że jechałyśmy na stopniach wczesnym rankiem, w trzeciej dekadzie września, były już przymrozki w nocy i ręce trzymające się poręczy kostniały. Wejście do środka było niemożliwe i te pięćdziesiąt kilometrów przejechałyśmy w ten sposób. Znowu kolejka do kasy. Sytuacja jeszcze gorsza niż w Moskwie. W pobliżu dworca miejsca na nocleg znaleźć nie było możliwe, gdziekolwiek zaszłyśmy wszędzie ludzie leżeli pokotem na podłodze, w każdym kątku. Nie było szans aby ktoś nas przyjął a po drugie – bałyśmy się wszy. Położyć się między takie zbiorowisko? Okropność! Wyszłyśmy znów na dwór ludzie drzemali pod krzaczkami w okolicach dworca. Przykucnęłyśmy i my, przytuliłyśmy się jedna do drugiej, ubrań ciepłych nie miałyśmy, zmarzłyśmy, ale przetrwałyśmy do rana. Doszłyśmy pod okienko biletów nie sprzedano bo była już jedna pieczątka tej stacji! Ktoś poradził, aby iść do Magdalinowki na tej małej stacyjce łatwiej kupić. Młody Łotysz, zwolniony z łagru, też nie miał biletu – zabrał się z nami. Dwanaście kilometrów wzdłuż torów, biegiem, bo o dwunastej odjeżdżał pociąg. Nie mogli sprzedać przez Moskwę, jak poprzednio jechaliśmy, tylko przez Kijów, Baranowicze, Lidę do Wilna. Dobre i to, aby bliżej do domu.
Pociąg do Baranowicz pełen był ewakuujących się rodzin żydowskich. Skądś bardzo długo jechali, brudni, z dziećmi zasmrodzonymi i zawszawieni. Makabra! Ulokowaliśmy się w kąciku korytarza, wiało straszliwie. I w ten sposób dojechaliśmy do Baranowicz. Tu znowu beznadziejne czekanie. Na stacji masa ludzka leżała i siedziała na posadzce i wszędzie, gdzie kto mógł!
Wyszłam na tory do stojących składów pociągów, a nuż coś się trafi? I znowu trochę szczęścia. Eszałon wojskowy odprawiali do Lidy, lecz żadnych cywilów nie wolno było zabierać. Poprosiłam oficera, kilku ich jechało, sześciu, o ile pamiętam, oczywiście w towarowym wagonie. W kącie tego wagonu mieli kupę jakichś rzeczy przykrytych pałatką. Zgodzili się zabrać, czekaliśmy długo na odjazd co chwila ktoś wchodził sprawdzić czy nie ma cywilów bo ludzie się pchali każdy chciał jechać. Przykryli nas pałatką, siedzieliśmy cichutko, podczas kontroli strach było nawet oddychać! Wreszcie pociąg ruszył.
W Lidzie znów staliśmy, znów „prawierka”, znów strach... Jeden z oficerów poszedł spytać, czemu nie każą wysiadać? Przyniósł wesołą nowinę – za pół godziny odjeżdżamy do Wilna! I w ten sposób, po czterech dobach, dowlekłyśmy się do domu. Łotysz musiał się dostać do swego kraju, do Rygi.

Jadwiga Łoginowa

c.d.n.

2 komentarze:

Jerzy Wądołowski pisze...

Tą ustawą bę są lepsi od PRLu a tochę gorsi od Korei

Jerzy Wądołowski pisze...

Tą ustawą bę są lepsi od PRLu a tochę gorsi od Korei