czwartek, 3 marca 2016

Nowa inicjatywa - Komitet Obrony Demokracji przed PiSem

Istniejąca grupa zamknięta - KOMITET OBRONY DEMOKRACJI PRZED PiSem (KOD PP) otwiera się na wszystkich, pragnących otwartej komunikacji, wyrazistych poglądów, jasnej wizji i propozycji skutecznych działań.

Celem grupy jest wyłanianie nowych pomysłów, koncepcji i propozycji działań skutecznie stawiających odpór „dobrej zmianie”. Zasadą naczelną i bezwzględnie respektowaną jest kompletna otwartość na dyskusję i nawet najodważniejsze pomysły. Z założenia patrzymy w tę samą stronę co KOD, ale działamy energiczniej, ostrzej i konkretniej.
Wspieramy i uczestniczymy w KOD, jako w ruchu społecznym.

Jesteśmy grupą uczestników i sympatyków ruchu społecznego KOD, których łączy chęć wyraźnego określenia celów ruchu, opracowania jego strategii w kategoriach politycznych i społecznych, wreszcie podjęcia zdecydowanych działań na rzecz polskiej demokracji – podmiotowych i zorientowanych na osiąganie konkretnych celów. Wobec demontażu instytucji polskiego państwa prawa dokonywanego przez rządzące PiS, jak również wobec niszczenia obywatelskich postaw demokratycznych, które odbywa się równocześnie przy udziale środowiska tej partii, uznajemy za konieczne wystąpić przeciwko działaniom PiS. Opór może być w naszym przekonaniu skuteczny. Możemy także zbudować w Polsce poczucie obywatelskiej odpowiedzialności i podmiotowości,
w którym każdy obywatel ma poczucie sprawstwa i współdecydowania
o wspólnym państwie.

Uważamy, że KOD jest i powinien pozostać liderem ruchu na rzecz polskiej demokracji, zaś podstawą politycznego konsensusu w ramach KOD jest i powinna być Konstytucja RP. W tak rozumianym Ruchu powinno być miejsce dla podmiotowo działających środowisk i organizacji – z organizacjami pozarządowymi i partiami politycznymi włącznie. Wspólna walka o demokrację powinna łączyć wszystkie środowiska, a rozbieżności, co do metod osiągnięcia celu nie mogą prowadzić do wykluczania żadnej z grup. KOD jest jeden i jest jeden cel. Drogi do osiągnięcia tego celu mogą być różne - i wszystkie są równouprawnione.

Strategia oporu społecznego wobec dyktatury PiS-u w obronie demokracji i ładu konstytucyjnego RP.

1. Będziemy dążyć do delegitymizacji etycznej i politycznej formacji PiS, jako zagrożenia i wroga demokracji w Polsce i w Europie. Delegitymizacja PiS-u powinna opierać się na dobrze udokumentowanych przypadkach naruszania przez tę partię fundamentalnych praw demokracji, wolności obywatelskich, praworządności, Konstytucji i państwa prawnego w Polsce oraz standardów demokratycznych i praw Unii Europejskiej. Merytorycznym kluczem powodzenia delegitymizacji PiS-u i tworzonego przez niego Państwa ma być wyraźne i wiarygodne zdefiniowanie ich w kategoriach "zagrożenia demokracji" i "wroga demokracji".

2. Skutkiem i jednocześnie procesem równoległym do delegitymizacji PiS-u, jako podmiotu politycznego zagrażającemu państwu prawnemu i porządkowi konstytucyjnemu w Polsce, ma być wyrażenie w publicznej debacie żądania skrócenia kadencji Sejmu i rozpisania nowych wyborów.

3. Celem strategicznym obrońców demokracji liberalnej i państwa prawnego w Polsce powinno być doprowadzenie PiS-u do zasadniczej zmiany zachowań polityczno-państwowych, tak, aby wpisywały się one w demokratyczne reguły gry i ład konstytucyjny RP. A jeśli okaże się to niemożliwe, wywarcie skutecznego nacisku wewnątrz Parlamentu i poza nim, aby izolowany i sparaliżowany PiS, pod naciskiem społecznym i opozycji oraz opinii publicznej demokracji Zachodu i Unii Europejskiej, podjął decyzję o skróceniu kadencji Sejmu i w ten sposób umożliwił nowe wybory, które przywróciłby pełnię demokracji i państwa prawnego w Polsce.

4. Trzeba tworzyć konsensualny i jednolity front wszystkich sił politycznych i społecznych w Polsce w obronie demokracji i przeciw PiS-owi. Najlepiej, jeśli w awangardzie tego frontu będzie autentyczny obywatelski i ponadpartyjny, niezależny i wewnętrznie demokratyczny ruch, który nie zamierzając samodzielnie zdobywać władzy i miejsc w Parlamencie, stanowić będzie masową i pokojową siłę społecznego oporu przeciw dyktaturze i w obronie demokracji.

5. Konsensus jednolitego frontu ruchów, organizacji i partii opozycyjnych
powinien być oparty na dwóch zasadniczych przesłankach: uznaniu PiS-u za zagrożenie i wroga demokracji oraz na nie budzącym wątpliwości pragnieniu odbudowania demokracji i państwa prawnego w Polsce, pozbawionego zasadniczych słabości poprzedników władzy PiS-u.

6. Kluczem do powodzenia zwycięskiej strategii jest przekonanie - w oparciu o prawdę oraz odwołanie do interesów osobistych i grupowych - zdecydowanej większości obywatelsko zaangażowanych Polaków, w tym części elektoratu prawicy, całego centrum oraz lewicy, że PiS zagraża nie tylko demokracji, państwu prawnemu, ale też bezpieczeństwu Państwa Polskiego, obecności Polski w Unii Europejskiej oraz dobrobytowi wszystkich obywateli.

7. Istotnym elementem strategii przekonania wątpiących i spragnionych socjalnych i materialnych benefitów obiecanych przez PiS, powinien być wiarygodny program sprawiedliwości społecznej dla słabszych i najbardziej zagrożonych grup społecznych w Polsce. To zadanie leży w gestii partii politycznych, zarówno obecnych w Parlamencie, jak i funkcjonujących poza nim.

8. Na poziomie taktyki walki z PiS-em powinno być jasno stwierdzone i praktykowane założenie, że ruch społecznego oporu przeciw dyktaturze działa w sposób całkowicie pokojowy i bez użycia przemocy, choć nie wyklucza aktów obywatelskiego nieposłuszeństwa, jeśli zajdzie taka konieczność lub okaże się to etycznie i politycznie uzasadnione.

9. W ramach skutecznej strategii powstrzymania dyktatury PiS-u, ruch demokratyczny w Polsce powinien ściśle współpracować z wszystkimi światowymi, a zwłaszcza europejskimi ruchami i instytucjami demokratycznymi, a także z Unią Europejską i szeroko pojętą opinią publiczną demokracji Zachodu.

10. Zapraszamy do współpracy na równych prawach wszystkie organizacje, stowarzyszenia, partie polityczne i każdego, komu miłe są wolność i demokracja.

Razem przywrócimy ład i porządek w naszym kraju.

środa, 2 marca 2016

Łomża się budzi



W nocy z 27 na 28 lutego nie zmrużyłam oka. Wróciłam po marszu w Warszawie pełna nadziei, naładowana dobrą energią, przekonana o tym, że to, co robimy ma sens, że jesteśmy narodem i że choć droga stroma i śliska/ gwałt i słabość bronią wschodu, poradzimy sobie, będzie nas coraz więcej i więcej. W końcu zwycięży mądrość. 
Ale gdzieś głęboko w pamięć zapadły mi słowa o tym, że im dalej od stolicy, tym silniej nas ściskają macki PiSu. A ja po raz pierwszy w życiu miałam współodpowiadać za manifestację i to daleko od wielkich miast, w samym centrum poparcia dla partii rządzącej. W Łomży, gdzie w sobotę było duża akcja przedwyborcza pani Andres. Denerwowałam się, że nikt nie zechce nas słuchać, że spotkamy się z gwałtownym odrzuceniem, że... Powodów było mnóstwo.
28 lutego 2016 roku o 13.00 na Starym Rynku zebrała się grupa mieszkańców miasta i przyjezdnych gości. Komitet Obrony Demokracji zorganizował manifestację, w której wzięło udział około 340 osób! Gdzie indziej nazwałoby się to garstką. Dla nas to była duża grupa. Wśród zaproszonych gości był pomysłodawca KODu Krzysztof Łoziński, zasłużony opozycjonista z czasów PRL-u, obecnie dziennikarz publikujący na łamach Studia Opinii. To właśnie jego artykuł zainicjował powstanie ruchu. Do Łomży przyjechali Mateusz Kijowski - lider KOD oraz szef Regionu Śląskiego - Jarek Marciniak wraz z grupą zakodowanych. Gościliśmy także doktora Stefana Marcinkiewicza, wykładowcę Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. Odwiedzili nas koledzy z Warszawy, Ostrołęki, Mazur i Siedlec. Byli obecni mieszkańcy województwa podlaskiego, którzy dotarli z różnych miejscowości, między innymi z Białegostoku, Suwałk, Jedwabnego, Kolna, Drohiczyna. Ale przede wszystkim licznie stawili się mieszkańcy Łomży.

I przed tym szanownym zgromadzeniem trzeba było stanąć. I jakoś zacząć. Przewodniczącą zgromadzenia była Bożena Zabielska, która otworzyła wiec, serdecznie witając wszystkich zgromadzonych. A ja zaczęłam od słów:
 Tak. Tak. Tak. Jestem Polką, jestem Europejką i jestem człowiekiem
Mówiłam o rozumieniu patriotyzmu i powinności obywatelskich, o prawie wolnych ludzi do sprzeciwu wobec niedemokratycznych działań rządu. Ludzie słuchali..., w ciszy, a potem rozległ się okrzyk: Bądźmy razem. I to było piękne. 
Przyszliśmy tutaj, żeby bronić demokracji. Demokracja, to taki ustrój w którym możemy ze sobą rozmawiać. Wszyscy możemy ze sobą życzliwie rozmawiać. Nie musimy na siebie krzyczeć, nie musimy się obrażać jedni na drugich, nawet kiedy mamy inne poglądy – mówił ze sceny Mateusz Kijowski.
Rozmawialiśmy więc o demokracji, o tym, dlaczego nie pozwolimy jej psuć. Nie był to jednak jedyny cel zgromadzenia. 6 marca 2016 r. odbędą się w powiatach: augustowskim, grajewskim, kolneńskim, łomżyńskim, monieckim, sejneńskim, suwalskim, zambrowskim oraz w miastach na prawach powiatów -Łomży i Suwałkach- uzupełniające wybory na senatora. KOD prowadzi akcję zachęcającą mieszkańców do wzięcia udziału w tych wyborach. Nie wskazujemy żadnego kandydata, namawiamy do skorzystania z czynnego prawa wyborczego.
Nie brakło też słów krytyki pod adresem rządzących. Poruszaliśmy zarówno kwestie demontażu państwa, łamania konstytucji, wprowadzania szkodliwych ustaw, wywołującego społeczny protest sposobu procedowania aktów prawnych, jak i bieżące działania rządu: odwołanie szefów stadnin koni w Janowie Podlaskim i Mikołowie, projekt ustawy o obrocie ziemią. Ten ostatni omówiony w wystąpieniu Krzysztofa Łozińskiego wywołał duże zainteresowanie uczestników zgromadzenia. Jako organizatorzy przygotowaliśmy na ten temat ulotkę, która rozeszła się błyskawicznie. 

W czasie wystąpienia Krzysztofa Łozińskiego doszło do drobnego incydentu. Starszy pan próbował w ostrych słowach przedstawić swoje racje. Zgromadzeni zareagowali życzliwie. Takie są przecież zasady demokracji. Każdy ma prawo do głoszenia swoich racji.
Bardzo zaciekawił swoim przemówieniem poeta łomżyński, Henryk Gała, który porównywał sytuację obecną do tej z 1956 roku. Wyrażał przekonanie, że My, naród nie pozwolimy zniszczyć Polski. Jego wystąpienie wywołało aplauz.
Doktor Stefan Marcinkiewicz z UWM w Olsztynie mówił o zagrożeniach demokracji, a Jarosław Marciniak przedstawiał obywatelski projekt Ustawy o Trybunale Konstytucyjnym złożony przez Komitet Obrony Demokracji. Łomżynianie chętnie składali podpisy pod projektem.

Na koniec wiecu wyraziliśmy swoją solidarność z demonstrującymi w obronie Lecha Wałęsy mieszkańcami Pomorza. 
Cała Polska się uśmiecha, nasza Polska dziełem Lecha! - krzyczeliśmy w Łomży.
Spotkanie przebiegło w życzliwej, spokojnej atmosferze. Ludzie się do siebie wzajemnie uśmiechali, a na znak wspólnoty na koniec zrobiliśmy sobie zbiorowe zdjęcie. Z całego serca dziękuję mieszkańcom Łomży za tę słoneczną niedzielę.



Ale to jeszcze nie koniec łomżyńskiego przebudzenia. O 15.00 w sali konferencyjnej Związku Nauczycielstwa Polskiego zaczęło się seminarium "Poprawa jakości demokracji". Wśród prelegentów znaleźli się prof. dr hab. Małgorzata Kowalska z Uniwersytetu w Białymstoku, doktor Stefan Marcinkiewicz z UWM w  Olsztynie, Mateusz Kijowski, Krzysztof Łoziński, Paweł Winiarski. Seminarium prowadził Mateusz Ziembliicki. Było wspaniale. Mądrze, ciekawie, z pełnym zaangażowaniem. Szkoda, że czas szybko minął, bo okazało się, że Polacy kochają dyskutować i mają świetne pomysły. 

Jestem wdzięczna mieszkańcom Ziemi Łomżyńskiej.  Dziękuje najserdeczniej wszystkim Koderkom i Koderom, z którymi miałam zaszczyt współpracować przy organizacji omówionych wydarzeń. Nisko się kłaniam. To była prawdziwie radosna niedziela. Łomża się budzi. Nadzieja się budzi. Ma się ku wiośnie.

Lokalne media o naszej inicjatywie:
Film z Nasza Łomża
Film z My Łomża
Film z 4 Łomża

Film Wyborcza 
Relacja z Wyborczej Białystok 

I jeszcze relacje niezawodnej przyjaciółki naszej Reni Ludwiszewskiej
Renia Ludwiszewska - film
Sesja zdjęciowa:
Renia Ludwiszewska fot. 
Spotkanie z demokracją w Łomży 

Wiktor Marek Leyk - chłopak w Szczytnie urodzony

Robert Krzysztofiak: Szanowny Pan Wiktor Marek Leyk. Zaszczycony Pana udziałem w naszym wyjeździe do Warszawy, pragnę raz jeszcze wyrazić wdzięczność za Pańską obecność. Za słowa, które zostały wypowiedziane i za wsparcie naszej idei. Pozwolę sobie na zacytowanie tylko niektórych słów jakie wpisali uczestnicy naszej wyprawy aby oddać nastrój i wdzięczność jaką wyrażamy. Cieszę się.. Nie. Miałem honor i zaszczyt maszerować obok. Miałem honor i zaszczyt wysłuchać co ma do powiedzenia. Mieszkam w Olsztynie od niedawna i nie wiedziałem kim jest ten wysoki mężczyzna o wyprostowanej sylwetce.

Piotr Lubiszewski Wiktor Marek Leyk - chłopak w Szczytnie urodzony.

Beata Downarowicz. Też jestem bardzo zaszczycona obecnością Pana Leyka. Poczułam się wyróżniona i zobowiązana do trwania w grupie KOD. Rodzą się szlachetne gesty i pomysły. Pan Leyk pozwolił nam ,,dotknąć" swojej wielkości i to pozwoliło wielu z nas poczuć ważność misji, z którą pojechaliśmy do Warszawy.

Janina Mleczko. Dziękuję, że Pan z nami był...............
MM Dziękuję panu Wiktorowi Leyk.

Anna Szmajda To był piękny dzień. Tyle bijących razem serc, tyle pięknych myśli i wzruszeń. Jeszcze mnie trzyma energia wczorajszego dnia. Dołączam się do podziękowań i wyrazów sympatii.

Grażyna Binek: Dziękuję za wczorajszy dzień i za ten długi marsz ku normalności współuczestnikom i za przypomnienie historii przez Pana Wiktora Marka Leyka. Bożena Saniewska Opowieści Pana Wiktora na długo mi utkwią w pamięci, naprawdę jechać na marsz w obronie demokracji był dla mnie zaszczytem. Szacunek i chciałbym jeszcze więcej historii z Pana życia poznać i usłyszeć.

Dariusz Kalibarczyk: Obecność Pana Wiktora Leyka w naszej grupie miał dla mnie symboliczny wymiar…

Lidka Walasek. Panie Wiktorze, jak sam Pan widzi, że już sama obecność Pana wywołuje tyle dobrych myśli. Mam nadzieję, że namówimy Pana do współudziału w wytyczaniu nowej drogi. Drogi, jak Pan powiedział długiej i trudnej, ale słusznej w obecnym czasie. Chcielibyśmy podjąć szeroką akcję informacyjnoedukacyjną naszego społeczeństwa. Akcja ta miałaby na celu wskazywanie, że „Warto być uczciwym, choć nie zawsze się to opłaca. Opłaca się być nieuczciwym, ale nie warto”. Drogi, w której przypominalibyśmy wartości, o których dzisiaj już mało kto pamięta. A przede wszystkim chcielibyśmy odwłaszczenia świąt i pamiątek narodowych, które dziś są w rękach jedynie słusznej przewodzącej w naszym kraju partii. A nikt lepiej niż Pan nie wskaże nam tej drogi. Szkoda, że ten czas tak szybko upłynął i choć dzień był wyczerpujący, to chciałoby się więcej. Serdecznie dziękuję Panu osobiście jak i w imieniu wszystkich uczestników wyjazdu. Niech moc będzie z nami.

Robert Krzysztofiak
wraz z uczestnikami wyjazdu
KOD Warmińsko-Mazurskie

Zobacz film z manifestacji

Krzysztof Łoziński: Odpowiedź na list Prezydium KK NSZZ „Solidarność”

Szanowni Państwo,
Pozwólcie, że ośmielę się odpowiedzieć na Wasz list skierowany do Komitetu Obrony Demokracji.... Jestem autorem idei powołania KOD i jednym z członków założycieli Stowarzyszenia KOD. Jestem też członkiem honorowym NSZZ „Solidarność”, co potwierdza będący w moim posiadaniu stosowny dokument wystawiony przez KZ „Solidarności” w moim dawnym zakładzie pracy. Fakt ten został też potwierdzony swego czasu przez władze Regionu Mazowsze piśmie skierowanym do Prezesa Rady Ministrów.

 Byłem uczestnikiem strajków sierpnia 1980 roku i przewodniczącym jednego komitetów strajkowych. Brałem udział w zakładaniu NSZZ „Solidarność”, pełniłem kilka funkcji wybieralnych w sekcjach branżowych „Solidarności” na szczeblu regionu i szczeblu krajowym. Kierowałem jedną ze struktur w podziemiu lat 1982-1987 i z tego tytułu zostałem skazany na 1,5 roku więzienia. To tyle w skrócie, byście Państwo wiedzieli, jaki mam tytuł moralny, by się wypowiadać.


Szanowni Państwo,
Otrzymaliśmy od Was, na ręce Mateusza Kijowskiego, list zarzucający nam bezprawne używanie znaku „Solidarności” i jednocześnie grożący sądem, gdyż jest to znak chroniony prawnie. Twierdzicie, iż dwukrotnie bezprawnie użyliśmy tego symbolu. Pominę dość wątpliwą argumentację prawną, którą przytaczacie. Ewentualny proces skończyłby się raczej uznaniem przez sąd waszego prawa do wyłączności tego znaku za uzurpację, ale przede wszystkim byłby spektaklem dogłębnej kompromitacji i skrajnego ośmieszenia NSZZ „Solidarność”, a tego bym nie chciał. Trudno bowiem uznać, że ponowne podpisanie przez Lecha Wałęsę historycznego sztandaru „Solidarności” jest bezprawnym wykorzystaniem logo i wysoce wątpię, by jakikolwiek sąd przyznał Wam rację. Trudno też uznać za bezprawne użycie sztandaru „Solidarności” na wiecu w obronie założyciela i pierwszego przewodniczącego związku. Wątpię, by jakikolwiek rzetelny sąd uznał, iż dawni i obecni członkowie NSZZ „Solidarność” nie mają prawa używać znaku związku do którego należeli lub należą, i że za każdym razem muszą oni, każdy z osobna, jak piszecie, uzyskiwać na to zgodę Komisji Krajowej. Wystarczy zapytać, czy za każdym razem wydawaliście zgodę na użycie logo związku każdemu z bojówkarzy, biorących udział w awanturze, podczas której blokowano Sejm i ubliżano posłom? Czy udzielaliście takiej zgody uczestnikom manifestacji ONR, Młodzieży Wszechpolskiej, PiS-u i innym uczestnikom imprez skrajnej prawicy? Teza, że każdy kto idzie ze sztandarem „Solidarności”, musi uzyskać na to zgodę KK jest po prostu absurdalna. Sami nie mogli byście organizować własnych imprez. A już twierdzenie, że ja, członek honorowy związku, a także jego dawni przywódcy, jak Lech Wałęsa, Zbigniew Bujak, Władysław Frasyniuk, Bogdan Lis, Jan Rulewski, Henryk Wujec, Janusz Onyszkiewicz, Henryka Krzywonos, Jerzy Borowczak… nie mówię już o zwykłych szeregowych działaczach „Solidarności”, że my wszyscy nie mamy prawa iść na manifestację ze sztandarem lub opaską „Solidarności”, to twierdzenie naraża Szanownych Państwa na śmieszność. A Ja bym nie chciał, by z „Solidarności” się śmiano.

 Sprawa jest jednak znacznie poważniejsza i dotyczy stosunku kierownictwa „Solidarności” do tego, co się obecnie w Polsce dzieje.

Jak Państwo sami napisaliście, KOD zajmuje się walką o demokrację i przeciwstawia się łamaniu prawa przez obecną władzę. To prawda, ale powstaje pytanie, czemu NSZZ „Solidarność” tego nie robi? Przecież, między innymi po to został ten związek powołany, po to istnieje. Dlaczego więc musi to robić kto inny?

 Pragnę przypomnieć, że to my, pierwsza „Solidarność”, ta, za którą walczyłem, którą tworzyłem i za którą siedziałem w więzieniu, to my domagaliśmy się demokracji, wolności słowa, wolnych mediów, poszanowania prywatnej własności, niezależnych politycznie prokuratur i sądów, obsadzania stanowisk w państwie ludźmi kompetentnymi a nie partyjnymi… I udało się nam to wywalczyć. Może nie do końca, może były pewne niedoskonałości, ale trzeba pamiętać, że żadne niedociągnięcia, żadne błędy wolnych ludzi nie mogą usprawiedliwiać i uzasadniać odbierania im wolności. Jakby niedoskonała była demokracja, to nie może być to uzasadnieniem dla budowanie dyktatury.

 Zauważcie Państwo, że dziś niszczony jest cały dorobek „Solidarności”. Niszczone jest wszystko, za co ginęli stoczniowcy w 1970 roku, górnicy w Kopalni „Wujek”, księża: Popiełuszko, Zych, Danielak i wielu innych ludzi. I co? I „Solidarność” milczy, biernie na to patrzy i tylko ma pretensję, że ci co w obronie dorobku „Solidarności” walczą używają jej znaku?
Rządząca partia raz po raz łamie prawo i zalewa kraj kłamstwem, a „Solidarność” milczy.
Zniszczono Służbę Cywilną i obsadza się stanowiska według partyjnej nomenklatury, miernotami bez kwalifikacji, zupełnie jak w czasach PZPR, a „Solidarność” milczy.
Przeprowadzono atak na Trybunał Konstytucyjny, jedną z najważniejszych instytucji demokratyczne go państwa, a „Solidarność” milczy.

 Zawłaszczono publiczne media czyniąc je tubą partyjnej propagandy. Z tych mediów od rana do wieczora leje się kłamstwo jak za czasów Gontarza, Kąkola, Urbana, Barańskiego, Tumanowicza i podobnych, a „Solidarność” milczy.

 Uchwalono ustawę o prokuraturze łamiącą wszelkie standardy praworządności, sankcjonującą czyny, które niedawno jeszcze były przestępstwem, a obecnie są wręcz prawnie zalecane, a „Solidarność” milczy.

 Z trybuny sejmowej bryluje dawny komunistyczny prokurator Stanisław Piotrowicz, zwalczający działaczy „Solidarności”, wcześniej w rządzie tej samej partii był wiceministrem sędzia Andrzej Kryże, który skazywał działaczy „Solidarności”, w tle bryluje sekretarz PZPR w stanie wojennym Marcin Wolski (pominę już dalszą wyliczankę), a „Solidarność” milczy.
„Solidarność” milczała też, gdy Jarosław Kaczyński kłamał w kolejnych kampaniach wyborczych, że był „członkiem władz krajowych podziemnej „Solidarności” (nie był nawet przez jedną sekundę, był pracownikiem w sekretariacie TKK, a sekretariat nie był władzą w związku – poczytajcie statut). Pominę już inne kłamstwa życiorysach obu Kaczyńskich na które nie reagowaliście. To osobny temat.

 Nie chce nawet przypuszczać, że to, co się dzieje, może być przez Was popierane. Powstała by sytuacja, jakiej nie wymyślił Mrożek i żaden inny satyryk: związek zawodowy zwalczający sam siebie i popierający niszczenie tego, o co sam walczył.

Szanowni Państwo,
wiem, że popełniliście błąd, uwierzyliście w kłamliwą propagandę PiS-u i poparliście tę partię w wyborach. Ale z każdego błędu można się wycofać. PiS już dawno złamał wszystkie warunki zawartej z Wami umowy. Wszak nie obiecywał, że będzie niszczył demokrację, rozwalał państwo, niszczył wolności obywatelskie i instalował dyktaturę. Ta umowa i tak Was już nie obowiązuje.

Szanowni Państwo,
błąd można naprawić. Zawsze jest dla Was miejsce wśród uczciwych ludzi, szanujących ideały „Solidarności”. Jeśli nie chcecie działać razem z nami, to róbcie to oddzielnie, bądźcie wierni ideałom „Solidarności”, przeciwstawcie się niszczeniu wolności Polski, niszczeniu wszystkiego, o co „Solidarność” walczyła. Nie chcecie tego robić pod naszym sztandarem, to róbcie to pod swoim, ale błagam: nie kompromitujcie „Solidarności” absurdalnymi żądaniami, by ludzie występujący w obronie dorobku „Solidarności” nie używali jej symbolu.

List pozwoliłem sobie opatrzyć zdjęciem, na którym podczas pikiety KOD demonstruję swoje prawdziwe opaski ze strajków sierpnia 1980 i stanu wojennego. Nie pytałem nikogo o zgodę i pytać nie będę.
Krzysztof Łoziński

Zaproszenie na spotkanie w Suwałkach


Zapraszamy do Suwałk, 4 marca 2016 r.

Resortowi rodzice... czyli wspomnienia wojennej młodości żony łagiernika cz. 10. Ucieczka, We Wrocławiu

Ludzie KOD oskarżani są przez propisowkie media i liderów PiS o to, że są dziećmi resortowych aparatczyków. Spróbujmy zatem bliżej przedstawić owych "resortowych rodziców". Przykład nadesłany przez jednego z aktywnych KODowiczów z naszego regionu.

Jadwiga Łoginów miała 18 lat w tragicznym dla naszej Ojczyzny 1939 roku, ukończoną szkołę, nadzieję na pracę i usamodzielnienie się. 

* * *
Zaraz po naszym odjeździe rozkonwojowano obóz. Do pracy chodzili sami, dostali kartki na chleb. Co dzień przychodzili do Mosiejkowych i naradzali się, jak zwiać! Nie była to łatwa sprawa. Uciekinierów łapano i skazywano, dokumentów żadnych nie mieli, biletów bez „komandirowki” na dalszą trasę nie sprzedawano.
Ciotka Mosiejkowa szykowała suchary, powiedziała o zostawionej słoninie i pieniądzach. Kiedy było wszystko omówione i przygotowane, Kirył postarał się o bilety na odległość kilkudziesięciu kilometrów, takie sprzedawano, ubrali ciuchy przywiezione przez nas, nie odróżniali się od przeciętnych ruskich robotników (gdyby byli w tych czarnych kufajkach i kaloszach, noszonych tylko przez szachciorów (górników), od razu by ich złapali!
Jechali różnie, przeważnie pociągami towarowymi, na odkrytych platformach. Noce były zimne zbliżał się 1 listopada. Przed którąś stacją zadrzemali i dali się złapać. Tolek skłamał, że zostali od transportu (adstali ot eszałona), dokumenty niby zostały u kolegów, jakiś cywil przytaknął, że rzeczywiście wczoraj był taki transport z Donbasu, więc dali jakiś świstek – „prapuścić, adstali at eszałona” (przepuścić) i w taki sposób, rankiem, w pierwszych dniach listopada przyszli obaj do mnie, do Kolonii Wileńskiej. Stach zaraz poszedł do swego domu. Pierwszą rzeczą było zdjąć wszystkie ciuchy i spalić, zrobić kąpiel.
Pomimo że się przebrał we wszystko czyste, stale mu się zdawało, że łażą po nim wszy i gryzą, zdejmował koszulę, stawał przy oknie i „iskał” nieobecnych już wszy! Musieliśmy być bardzo ostrożni, mieliśmy niepewnego sąsiada podobno donosił. Pod osłoną nocy poszliśmy do Tolka babci w mieście, tam się ukrywał prawie dwa miesiące, zanim nie podali transportu do Polski. Musieliśmy załatwić podrobione „udostowierenije” (zaświadczenie) o pobycie i zwolnieniu z łagru, takie zaświadczenia robiła organizacja AK, w której pracowali nasi wujowie, na wzór mieli oryginalne, od ludzi z transportu chorych i na tej podstawie w „wojenkomacie” (komendzie uzupełnień) jako repatrianta skreślono go z rejestru. Udało się załatwić i to. Nie poznali, że fałszywe. Jedynie to zaświadczenie mama przechowała i ma je do dziś. W drodze, przy każdej kontroli dokumentów mieliśmy niemało strachu!

We Wrocławiu
Transport mieliśmy do Poznania, ale nie było wolnych mieszkań, zatrzymaliśmy się parę dni i zaraz po Nowym 1946 Roku przybyliśmy do Wrocławia. Zamieszkaliśmy w dzielnicy Kowale. Mąż dostał pracę w fabryce sztucznego jedwabiu, potem w fabryce silników na Psim Polu itd. ... Często zmieniał pracę, bo wszędzie podsuwano deklarację, aby wstąpił do Partii. Nigdy do żadnej nie należał. Przeżyliśmy we Wrocławiu dziesięć lat. Wrocław się odbudował z gruzów stał się pięknym miastem, a my, przeżywszy najtrudniejsze lata, musieliśmy go opuścić i wyjechać do Morąga. Nasza trójka dzieci urodziła się we Wrocławiu – dwóch synów i córka. Nigdy nie zaakceptowaliśmy Morąga jako swego miasta. Ukochane i najbliższe zawsze było oczywiście Wilno, potem Wrocław, tam synowie ukończyli Politechnikę, tam kilka lat mieszkali. Obecnie jeden żyje w Krakowie, drugi w Holandii, córka w Morągu.
Mój mąż od 51. roku życia zaczął chorować, najpierw zawał serca, wkrótce potem pierwszy wylew krwi do mózgu, prawostronny paraliż. Leczenie nie pomogło – paraliż nie ustąpił po paru latach ponowny wylew i utrata mowy. W tym stanie przeżył jeszcze prawie trzy lata. Okropna udręka! Zmarł przeżywszy 60 lat 14 listopada 1981 roku.
Więzienie, łagier ciężka praca w kopalni i późniejsze stresowe życie wpłynęło na stan jego zdrowia. Nie miał rodzeństwa szukał przyjaciół, udawał wesołka beztroskiego, ale nikt nie wiedział, co on miał we wnętrzu. Najgorsze lata przeżyliśmy w Morągu, trzy i pół roku był bez pracy, posprzedawałam co się dało dzieciom na życie, sami obywaliśmy się byle czym. Sąsiedzi się naśmiewali, przezywali. Udawaliśmy, że to nie do nas mowa i dzieci się nadal dobrze uczyły, były zadbane, czyste. I ta bieda mnie nie załamała! Aby nie zostawiać dzieci z kluczem na szyi zaczęłam w domu szyć. Tolek wyjechał na Śląsk elektryfikowano kolej ozstał kierownikiem magazynów. Materialnie się poprawiło, miał dobrą pensję i delegacje, rozłąkowe i dwa bilety miesięcznie na przejazd do domu. W sobotę po pracy wsiadał do pociągu, jechał całą noc – rano był w Morągu, chwilę się zdrzemnął zjadł obiad i znowu w drogę przez całą Polskę i prosto z pociągu do pracy. Starał się być w domu co tydzień, było to bardzo męczące.
Wreszcie wrócił do Morąga dostał pracę głównego księgowego w Dobrocinie. Sytuacja poprawiła się. Ale był coraz bardziej nerwowy, aż przyszła choroba, niedołęstwo i śmierć!
Na dodatek, podczas jego choroby przeżyliśmy jeszcze pożar, przeniesiono nas z trzypokojowego mieszkania do dwupokojowego, administrowanego przez jednostkę wojskową. Prócz męża i mnie mieszkała córka z mężem i dwoma malutkimi synkami. Mimo próśb i przedstawiania sprawy w Urzędzie Miasta i Gminy, nie przydzielono nam odpowiedniego stałego mieszkania. Po śmierci męża blok oddawano do kapitalnego remontu. Wszystkim lokatorom wojskowym zapewniono dobre mieszkania, a my w pustym bloku, z powybijanymi szybami, czekaliśmy z popakowanymi rzeczami, małymi dziećmi, pół roku! Wreszcie dostaliśmy dwa mieszkania jednopokojowe – jedno w baraku. Tak mieszkamy już siedem lat!

Zakończenie
Z tej mojej trudnej podróży zostały niezatarte wspomnienia. Drogą przez Białoruś – pola kołchozowe obsiane nędznym owsem, gdzieniegdzie niziutki kłosek w trawie. Ukraina – wzdłuż torów kolejowych akacje, pola kwitnących słoneczników, na rampach przy stacjach ogromne sterty pszenicy pod gołym niebem, pilnowane przez żołnierza z karabinem. Pagórki wapienne porośnięte trawą, a od wierzchołków poprzerzynane rozstrzępionymi białymi pasmami – wyglądało to bardzo malowniczo! Domki we wsiach malowane na biało z zielonymi okiennicami. Wsie wyglądały czysto i porządnie. Wreszcie dwie poznane rodziny które nam tyle dobrego uczyniły. Zawsze mówić będę: – Ludzie są dobrzy, tylko byli zniewoleni i niewłaściwie wychowani w bolszewickim ustroju.

Stary Kirył z żoną pamiętali Rosję carską i dobrobyt – młodzi już nie.

I tyle moich wspomnień, opisałam dość szczegółowo. Nie zmyśliłam ani jednego faktu.

Na pamiątkę moim Dzieciom poświęcam, bo właściwie nigdy nie było czasu, żeby z nimi dłużej porozmawiać i w całości te zdarzenia opowiedzieć!


Jadwiga Łoginowa

Morąg, 2 lutego 1991 roku.

Czytaj także:
Część 1Część 2Część 3Część 4Część 5Część 6Część 7Część 8Część 9

wtorek, 1 marca 2016

A co konie są winne?

"Bez podania przyczyny odwołano zarządy stadnin koni arabskich z Michałowa i Janowa Podlaskiego. Bo tak. Bo są koledzy z prawicy, którzy co prawda widzieli kiedyś tylko konia na obrazku albo na filmie w telewizji, ale szybko się uczą, szukają fajnej i dobrze płatnej pracy i są nasi, czyli z prawicy. A że mierni, to całkiem inna bajka w którą wierzą pewnie tylko lewacy, wegetarianie, cykliści, gestapo i ludzie gorszego sortu. To dobra zmiana, tym razem w stajniach. Naprawdę? Ci, którzy niszczą wszystko, czego się tkną, nagle mają nie zniszczyć stadnin i ich światowej renomy budowanych latami? Nikt by się pewnie nie burzył, gdyby na miejscu dotychczasowych dyrektorów stadnin weszli fachowcy a nie wierni partyjni koledzy."

Czytaj całość na Onet Wiadomości

ps. przypomina się stare powiedzenie z czasów PZPR: mierny, bierny ale wierny...

W istocie to PiS bardziej pomaga Putinowi

Według prof. Andrzeja Zybertowicza, doradcy Andrzeja Dudy, sobotni marsz KOD mógł być elementem wojny hybrydowej prowadzonej przez Moskwę. Tak daleko nie poszedł jeszcze żaden członek obozu władzy. Ale w istocie to PiS bardziej pomaga Putinowi. I to nie tylko osłabiając Polskę od czasu wygrania wyborów, ale robiło to jeszcze jako opozycja. (...) Kaczyński i PiS osłabiają nie tylko społeczeństwo, ale też państwo.

więcej w:
Doradca Dudy mówi, że KOD to narzędzie Putina w wojnie hybrydowej. W istocie to PiS działa na korzyść Moskwy (na temat)

Oraz tu" w polityce jest zjawisko tak zwanego użytecznego idioty, który "nawet o tym nie wiedząc, gra w obcym teatrzyku".

Krzysztof Łoziński: Zrównanie chłopa z ziemią

Studio Opinii

Wramach „dobrej zmiany” rządzącym udało się wymyślić projekt ustawy naruszającej kilka elementarnych praw obywatelskich (własności, dziedziczenia, swobody: wyboru miejsca zamieszkania, wyboru zawodu, prowadzenia działalności gospodarczej, zrzeszania się w spółki i spółdzielnie, równości obywateli wobec prawa), kilka zasad Unii Europejskiej (prawa do wyboru kraju zamieszkania i prowadzenia działalności gospodarczej, zakazu dyskryminacji obywateli państw UE ze względu na kraj pochodzenia, prawa do działalności zagranicznych przedsiębiorstw na ternie całej strefy Schengen). Jednocześnie w tym bublu prawnym zapisano pośrednio, że jedna z branż polskiej gospodarki, rolnictwo, ma być ustawowo biedna i zacofana.
Jednym słowem stworzono projekt ustawy dotyczący polskiej wsi skrojony według mitów i lęków prawicowych nieuków, oparty na całkowicie fałszywej diagnozie rzekomych zagrożeń i mający się do rzeczywistości polskiej wsi jak piernik do wiatraka.
23 lutego rząd przyjął projekt ustawy dotyczącej obrotu ziemią na terenach wiejskich. Teoretycznie mowa jest o „ziemi rolnej”, ale pamiętajmy, iż instytucje państwa, w tym Agencja Nieruchomości Rolnych Skarbu Państwa oraz administracja gminna, traktują wszelkie nieruchomości na terenach wiejskich, tam gdzie nie ma planu zagospodarowania przestrzennego (czyli prawie wszędzie), jako grunty rolne. Nawet działki oznaczone geodezyjnie jako „budowlane”, są traktowane przez te instytucje jako „zabudowa na gruntach rolnych”. W praktyce przepisy te będą dotyczyły więc wszystkich nieruchomości prywatnych na terenach wiejskich.
Ponieważ jest to jeszcze projekt i kształt ostateczny, który wyjdzie z Sejmu, może być nieco inny, oraz ponieważ nigdzie nie jest obecnie dostępny tekst jednolity po zmianach zmienianych ustaw (jest to projekt ustawy „o zmianach niektórych ustaw”) odpuszczę na tym etapie precyzyjne omawianie poszczególnych artykułów projektu. Istotniejsze jest to, co nie jest literalnie napisane, a także to, co jest w nim przemilczane, a co w konsekwencji z tych zmian wynika.
Posłużę się omówieniem skutków tych zmian w ocenie Forum Obywatelskiego Rozwoju:
„W związku z końcem zakazu wykupu ziemi rolniczej przez obcokrajowców 1 maja tego roku, politycy chcą zamrozić obrót ziemią rolniczą w ogóle.” […] (według:) „nowelizacji ustawy o kształtowaniu ustroju rolnego autorstwa PSL […] uchwalonej niemal jednogłośnie przez Sejm poprzedniej kadencji (PO, PiS, PSL, SLD, przeciw głosowało tylko 2 posłów nie zrzeszonych) i podpisanej przez prezydenta Andrzeja Dudę w grudniu:
  1. Nabywcy ziemi będą ją musieli osobiście uprawiać i od 5 lat posiadać meldunek w gminie lub gminie sąsiedniej;
  2. Nabywcy nie będą mogli posiadać gruntów o łącznej powierzchni powyżej 300 ha;
  3. 10-letni zakaz odsprzedaży ziemi zakupionej od skarbu państwa;
  4. Konieczność uzyskania zgody na sprzedaż, zamianę lub darowiznę nieruchomości rolnej od terenowego oddziału Agencji Nieruchomości Rolnych.
23 lutego rząd przyjął projekt ustawy dodatkowo zaostrzającej te ograniczenia:
  1. Nabywcami nieruchomości rolnych będą mogli być jedynie rolnicy indywidualni, a więc posiadający kwalifikacje rolnicze, gospodarstwo o powierzchni do 300 ha i zamieszkali  w danej gminie od co najmniej 5 lat;
  2. Skarb państwa zawiesi sprzedaż własności rolnej na okres 5 lat, a ziemia rolna Agencji Nieruchomości Rolnych będzie mogła być jedynie dzierżawiona przez rolników;
  3. Nabyta nieruchomość rolna nie będzie mogła być sprzedana przez 10 lat oraz konieczne będzie osobiste prowadzenie gospodarstwa rolnego.
Dodać należy jeszcze, że ustawa zakazuje całkowicie sprzedaży ziemi przez Agencję Nieruchomości Rolnych Skarbu Państwa prze 5 lat, ale z kształtu i uzasadnienia tego zapisu wyziera ledwo skrywany zamiar ustanowienia tej zasady na zawsze. Uzasadnienie, jakie czytamy na stronie Rządowego Centrum Legislacji jest następujące:
„Według nowych przepisów, państwowa ziemia rolna będzie pozostawać w dyspozycji Agencji Nieruchomości Rolnych, a podstawowym sposobem jej zagospodarowania będą korzystne dla rolników trwałe dzierżawy. Wzmocnienie ochrony ziemi rolniczej przed spekulacyjnym wykupem przez podmioty krajowe i zagraniczne (osoby fizyczne i prawne) […] to najważniejsze cele projektowanej ustawy.”
A więc wszystko jasne. Chodzi o to, by państwowej ziemi nie mógł kupić nikt, a bredzenie o „spekulacyjnym wykupie” to po prostu projekcja konserwatywnego pomysłu, że ziemia ma być zawsze państwowa, bo „nie rzucim ziemi skąd nasz ród”, nie będzie jej miał Niemiec, Żyd, spekulant i gender. Chłop ma w pocie czoła chodzić sam za pługiem, paść jedną krowę patykiem, chodzić do kościółka, a żadne mieszczuchy i inteligenty na wsi nam nie podskoczą. W mentalności tych panów i pań, co te projekty pisali, ciągle widnieje słomiana strzecha, chłop Ślimak, Drzymała z wozem, Janko Muzykant i Nasza Szkapa. Nie zauważyli, że dziś większość ludności wiejskiej mieszka w domach z blachodachówką, jeździ samochodami i to wcale nie najgorszych marek, a na polach pracują ciągniki, a nie szkapy. Nie zauważyli też, że dziś większość ludności wiejskiej, to nie rolnicy, lecz: emeryci i renciści, ludzie mieszkający na wsi a pracujący w mieście, oraz uprawiający na wsi zawody pozarolnicze (budowlanka, warsztaty, tartaki, sklepy itd.). Tym wszystkim ludziom będzie można zabrać nieruchomości (w praktyce cały majątek, nieraz dorobek pokoleń), bo nie są rolnikami (a swoją drogą to rolnikom też).
Na stronie Rządowego Centrum Legislacji czytamy:
Zasadniczo nabywcami nieruchomości rolnych będą mogli być tylko rolnicy indywidualni. Wyjątki od tej normy mają dotyczyć nabywania ziemi przez osoby bliskie sprzedającemu, jednostki samorządu terytorialnego oraz Skarb Państwa. W przypadku innych podmiotów sprzedaż ziemi musi zostać potwierdzona zgodą wydaną przez prezesa Agencji Nieruchomości Rolnych. Przyjęte zasady obrotu nieruchomościami nie będą dotyczyć nabywania ziemi w wyniku dziedziczenia, orzeczenia sądu lub organu egzekucyjnego.
Nabycie nieruchomości będzie trwale połączone z wymogiem osobistego prowadzenia gospodarstwa rolnego oraz zakazem zbywania i wydzierżawiania zakupionej ziemi przez 10 lat. Tylko w przypadkach losowych zgodę na sprzedaż ziemi przed upływem tego terminu będzie mógł wydać sąd.
Doprecyzowano definicję rolnika indywidualnego, uściślając, że warunek osobistej pracy w gospodarstwie będzie spełniony między innymi wtedy, gdy osoba podlega ubezpieczeniu społecznemu rolników w pełnym zakresie, chyba że prowadzone przez nią gospodarstwo nie przekracza 20 ha użytków rolnych.”
I dalej:
„[…] ma (być) rozszerzona (w stosunku do dotychczasowego zakresu) kontrola obrotu nieruchomościami rolnymi prowadzona przez Agencję Nieruchomości Rolnych. W ramach pierwokupu oraz tzw. prawa nabycia ANR będzie mogła kontrolować nabycie każdej nieruchomości rolnej, a nie jak obecnie, tylko większej niż 5 ha. Uprawnienia te nie będą jej jednak przysługiwać, gdy nabywcą będzie osoba bliska zbywcy.”
Ostatnie zdanie można miedzy bajki włożyć, bo z innych zapisów wynika, że także „osobie bliskiej zbywcy” (w wyniku spadku, darowizny, itd.) będzie zabrać nieruchomość przy kolejnym dowolnym przekształceniu własnościowym. W praktyce: syn wieśniaka może odziedziczyć bez prawa pierwokupu przez ANR, ale jeśli będzie chciał później nieruchomość lub jej część sprzedać, podarować, ustanowić współwłasność, to prawo pierwokupu przez ANR będzie. Nie kijem go, to pałką.
Do tego projektu odniósł się krytycznie także Rzecznik Praw Obywatelskich.
„Największe zastrzeżenia RPO budzą przepisy zakładające, że:
  1. Nabywcą nieruchomości rolnej (z niewielkimi wyjątkami) mógłby być wyłącznie rolnik indywidualny. Osoba fizyczna, która chciałaby dopiero rozpocząć działalność rolniczą, musiałaby dostać zgodę Prezesa Agencji Nieruchomości Rolnych i spełnić szereg warunków określonych w projektowanej ustawie. To samo dotyczyłoby osób prawnych, które już prowadzą lub zamierzają podjąć działalność rolniczą.
  2. Zgoda Prezesa ANR na nabycie nieruchomości rolnych przez inne osoby niż rolnika indywidualnego (ale także – wąsko zdefiniowanej – osoby bliskiej zbywcy, jednostki samorządu terytorialnego i Skarbu Państwa) byłaby właściwie uznaniowa. Głównym powodem takiego stanu byłaby nieostrość proponowanych w ustawie kryteriów. Chodzi np. o wskazanie, że taka nieruchomość nie mogła zostać nabyta przez rolnika indywidualnego.
  3. W każdym przypadku, gdy tylko dochodzić będzie do zmiany właściciela nieruchomości na innych zasadach niż umowa sprzedaży, Agencja Nieruchomości Rolnych byłaby uprawniona do złożenia oświadczenia o nabyciu takiej nieruchomości za odpowiednią zapłatą. Można by to było traktować jako możliwość wywłaszczenia wszystkich nieruchomości na rzecz Skarbu Państwa bez wskazania ustawowych przesłanek uzasadniających takie działanie. Do takiej sytuacji dochodziłoby np. gdy zostanie zniesiona współwłasność nieruchomości, lub gdy zostanie ona nabyta na podstawie decyzji administracyjnej.
  4. Nabywca nieruchomości rolnej zobowiązany byłby prowadzić gospodarstwo rolne, w skład którego weszła zakupiona nieruchomość przez okres co najmniej 10 lat. Ponadto, osoba fizyczna musiałaby prowadzić takie gospodarstwo osobiście. W innym wypadku sąd stwierdziłby nabycie nieruchomości przez ANR. Rzecznik zauważa, że powstaje bardzo poważna wątpliwość, czy możliwość wywłaszczenia każdej nieruchomości rolnej na rzecz Skarbu Państwa przy wykorzystaniu m.in. instytucji tzw. wykupu tylko dlatego, że w drodze dziedziczenia została nabyta przez osobę, która nie jest rolnikiem indywidualnym, nie naruszałaby istoty prawa do dziedziczenia.
W stanowisku RPO podkreśla też, że zgodnie z Konstytucją RP wywłaszczenie może nastąpić tylko na cel publiczny. Projektodawcy nie wyjaśniają jednak, jaki cel publiczny ma być realizowany w związku z nabywaniem prywatnych nieruchomości rolnych przez Agencję Nieruchomości Rolnych.
Ponadto projektowane przepisy wprowadzałyby szereg odstępstw od swobodnego wyboru kontrahenta i niejako zmuszałyby do wieloletniego korzystania z nabytej nieruchomości w ściśle określony sposób pod rygorem możliwości swoistego jej wywłaszczenia.
Zdaniem RPO te wszystkie argumenty wskazują, że istnieje ryzyko zbyt głębokiej ingerencji ustawodawcy w prawa właścicieli i ewentualnych nabywców nieruchomości rolnych. Projektowane rozwiązania miałyby zastosowanie do ogromnej liczby nieruchomości i bezpośrednio dotyczyłyby praw i wolności setek tysięcy obywateli.”

Podsumujmy:

Istnieje tu zakamuflowany mechanizm pułapka, prowadzący do przejęcia po kilku, lub kilkunastu, latach niemal stu procent nieruchomości prywatnych na wsi przez państwo. Jeżeli sprzedać nieruchomość można tylko rolnikowi indywidualnemu (i to nie każdemu, musi być sąsiadem, musi chcieć, mieć uprawnienia i mieć pieniądze), lub ANR, to wielu przypadkach jedyną możliwością będzie tylko sprzedaż na rzecz ANR (czyli państwu) i po cenie ustalonej przez ANR. Z każdą transakcją sprzedania ziemi przez rolnika Agencji Nieruchomości Rolnych, będzie ubywać rolników mogących być potencjalnymi kupcami, a więc będzie wzrastać liczba takich sytuacji, w których jedynym możliwym nabywcą będzie ANR. Po pewnym czasie, szansa sprzedania nieruchomości innemu nabywcy niż ANR będzie się zbliżać do zera. Tym bardziej, że nikt nowy, kto rolnikiem nie był, nie może nim zostać, bo aby kupić ziemię musi być rolnikiem od 5 lat i to w tej samej gminie, a skoro nie miał ziemi, to nie mógł być rolnikiem od 5 lat.
Projekt rażąco narusza prawa obywatelskie i unijne.
  1. Dyskryminacja ze względu na miejsce zamieszkania. Mieszkaniec miasta może sprzedać, podarować, przekazać w spadku, swoją nieruchomość komu tylko chce, może ją użytkować jak tylko chce, może wykonywać zawód jaki chce itp. Mieszkaniec wsi ma tu ograniczone prawa.
  2. Naruszenie prawa własności. Prawo własności jest ograniczone przez brak swobody dysponowania własną nieruchomością nie tylko w przypadku jej zbywania, ale także poprzez obowiązkowy sposób jej użytkowania (uprawa roli i nic więcej).
  3. Naruszenia prawa do dziedziczenia. Ściśle określone ustawowo grono ew. spadkobierców (tylko „osoby bliskie”). Nie można zapisać nieruchomości np. fundacji Owsiaka, znajomemu…
  4. Naruszenie prawa do swobody wyboru miejsca zamieszkania. Jeśli mieszczuch nie może kupić działki na wsi, a wieśniak nie może przeprowadzić się do miasta lub innej gminy, bo mu zabiorą dom i ziemię, to prawo wyboru jest fikcją.
  5. Naruszenie prawa do swobody wyboru zawodu. Rolnik ma być rolnikiem i już. Jak będzie chciał zostać kowalem lub stolarzem to zabiorą mu majątek. Co gorsza, można mu zabrać majątek, jak przestanie być rolnikiem, bo pójdzie na rentę lub emeryturę. A co z osobami o dwóch zawodach, rolniczym i nie rolniczym? Co z chłopo-robotnikem, który ma emeryturę z ZUS, a nie z KRUS?
  6. Naruszenie prawa do prowadzenia działalności gospodarczej.Mieszkaniec wsi nie może na swojej działce prowadzić innego gospodarstwa niż rolne.
  7. Naruszenie prawa do tworzenia spółdzielni i spółek. Skoro właścicielem ziemi ma być tylko „rolnik indywidualny”, to rolnicy nie mogą zorganizować się w spółdzielnię, spółkę prawa handlowego, spółkę z o. o. itd. Nie mogą nawet uprawiać ziemi „nie indywidualnie”, nie mogą działać jak firma zatrudniająca pracowników.
  8. Dyskryminacja majątkowa. Rolnikowi praktycznie nie wolno się wzbogacić, bo ma limit własności ziemi (300 h) i ma pracować „osobiście”. Ma być biedny i już.
  9. Dyskryminacja technologiczna. Ustawa praktycznie uniemożliwia istnienie farm przemysłowych i przemysłowej uprawy (zautomatyzowane szklarnie itp.).
Powstaje dość osobliwa sytuacja na styku z innymi krajami UE. Polak może bez problemu kupować ziemię w innych krajach, a obywatele tych krajów w Polsce nie. Podobnie polskie firmy mogą swobodnie działać w całej Unii, w firmy z innych krajów Unii mogą w Polsce tylko w mieście. Polska po prostu traktuje Unię jako niewyczerpany bankomat, któremu przy okazji można pokazać środkowy palec.
Zupełnym kuriozum jest ustawowe zapisanie takich rozwiązań, z których jednoznacznie wynika, że polskie rolnictwo ma być biedne i zacofane. Gospodarstwa mają być małe, bo o „indywidualnej uprawie” większego areału nie ma mowy, a więc i biedne. Wszystko co nowoczesne praktycznie jest zakazane.
W ekspertyzie FOR czytamy:
„Dane Eurostatu wskazują, że w latach 2000-2013 rolnictwo było wręcz sektorem o najszybciej rosnącej produktywności w Polsce (wg danych Eurostatu). W latach 2005-2013 średnia powierzchnia gospodarstwa rolnego wzrosła o 69%.
W 2013 roku gospodarstwa rolne o powierzchni ponad 100 ha zatrudniały 3% pracujących  w rolnictwie, wytwarzając jednocześnie 16% wartości produkcji rolnej. Dalsza konsolidacja gospodarstw rolnych jest niestety hamowana przez państwowe subsydia. Rocznie rolnictwo otrzymuje ok. 40 mld zł w dotacjach do emerytury z KRUS, środkach UE i preferencjach podatkowych (zob. raport FOR „Następne 25 lat”). To kwota równa prawie całej wartości dodanej rolnictwa, która wg Eurostatu wyniosła w 2014 roku 45 mld zł. Teraz politycy chcą całkowicie uniemożliwić dalszą konsolidację, bo taki będzie efekt de facto zamrożenia obrotu ziemią rolniczą.”
Rząd i jego propaganda brutalnie okłamują mieszkańców wsi twierdząc, że ta ustawa ma służyć „ochronie ziemi rolnej”.
Zatrzymanie niekorzystnego trendu w strukturze agrarnej oraz poprawa sytuacji ekonomicznej polskich rolników – to najważniejsze cele projektowanej ustawy. Realna ochrona polskiej ziemi przed niekontrolowanym wykupem była jednym z najważniejszych zobowiązań złożonych przez premier Beatę Szydło w exposé
– pisze w uzasadnieniu Rządowe Centrum Legislacji. To jest argumentacja w stylu: „spalę ci dom, aby nikt ci go nie okradł”. No fakt, jak się wszystkim ziemię zabierze, to nie będzie „niekontrolowanego wykupu”, bo nie będzie czego kupować.
A dalej czytamy:
„Jednym z powodów wprowadzenia nowych regulacji jest fakt, że 1 maja 2016 r. przestaje obowiązywać 12-letni okres ochronny na zakup ziemi rolnej przez cudzoziemców i istnieje prawdopodobieństwo, że zainteresowanie jej nabyciem przez osoby z krajów Unii Europejskiej znacząco wzrośnie.”
A więc straszenie Niemcem co „dybie na polską ziemię”. Dziwnym trafem w Czechach i na Litwie od dawna ograniczeń w nabywaniu ziemi przez cudzoziemców nie ma i jakoś nikt ich nie „wykupił”. A więc Polaku, jak rząd cię puści z torbami, to Niemiec cię nie wykupi. To się nazywa leczenie migreny amputacją.
I jeszcze ciekawostka: „W przypadku innych podmiotów (niż rolnik indywidualny) sprzedaż ziemi musi zostać potwierdzona zgodą wydaną przez prezesa Agencji Nieruchomości Rolnych.” Proponuję przy każdym prezesie od razu postawić agenta CBA, a za nim drugiego, by pilnował, czy ten pierwszy też nie bierze.

Resortowi rodzice... czyli wspomnienia wojennej młodości żony łagiernika cz. 9. U naczelnika obozu, Powrót

Nazajutrz poszłyśmy do domu Naczelnika Łagru. Był nim młody lejtenant. Sympatyczny w rozmowie. Powiedziałam, że jesteśmy w delegacji, pokazałam papiery, a że blisko obozu, czy nie mogłybyśmy widzieć się z naszymi mężami i podać trochę przywiezionych rzeczy, tj. ubranie, buty, coś do jedzenia. On na to:
– I tylko to?
– Owszem nie tylko, ale nie śmiem mówić.
– No, mów śmiało!
– Czy nie dałoby się dołączyć ich do zwalnianych internowanych chorych? Wiemy że trochę tych ludzi już wróciło.
Wręczyłam dwadzieścia rubli w złocie wieczne pióro ze złotą stalówką a dla żony parę ładnych ciuszków.
Obiecał widzenie a co do zwolnienia – niestety! 
– Zdrowi są, młodzi, w żadnym wypadku nie da się zakwalifikować do chorych.
Trudno. Jeszcze pytał, czy meldowałyśmy się na milicji?
– Zacziem? Wy, kanieczna, samyj gławnyj naczialnik zdieś. My k wam priszli. (Po co? Wy przecież tutaj najważniejszy naczelnik. Do was przyszliśmy.).
Widocznie połechtało to jego ambicję. Uśmiechnął się.
Na drugi dzień, po powrocie z kopalni zarządzono apel i „prawierku”. Naczelnik szedł wzdłuż szeregów i wybierał.
– Ty wystąp, ty, ty i ty – i tak kilku kolegów Stacha i Tolka. Pomyśleli:
– Biada nam. Żony wpadły, my, i jeszcze niczego niewinni koledzy!
Przelękli się, nie wiedząc, co jest grane. Myśleli o najgorszym.
Naczalnik kazał im iść do łaźni (wody dostawali dwa litry na łebka do umycia się po pracy w kopalni), a wtedy, na ich dwóch, ciepłej wody do woli. Fryzjer ostrzygł pięknie na kancik, ogolił... I dopiero się wyjaśniło po co wybierano kilku kolegów. Oni mieli trochę lepsze waciaki i kalosze! Ubrano w nie Stacha i Tolka, i tak uszykowanych, pod bagnetem, prowadzono na szczególną „randkę”.
Przed budynkiem, w niewielkiej odległości poza obozem, czekałyśmy jakiś czas. Przyszli. Jeden sołdat wszedł z nimi, a drugi został przy nas.
W tym czasie żołnierz starał się nawiązać rozmowę. Pytał, jak u nas się żyje? Na pewno lepiej! – sam sobie odpowiadał. My byłyśmy ostrożne – mogła być „podpucha”. Dalej – co Ameryka myśli? Czemu nie zrobi z Sowietami porządku? Im już obrzydła nędza! Przelatywały wrony, a on, śmiejąc się mówi:
– Wot, eta stalinskije kurycy!
A na kozy: – Eta stalinskije karowy!
Co można było odpowiedzieć na taką gadkę? Na szczęście wezwano go na „swidanije”.
W jednym pokoju siedział naczelnik, Tolek i ja, w drugim – sekretarka, Stach i Kazia. I tak rozmawialiśmy dziesięć minut, przy świadkach. Oni oczywiście rozumieli polską mowę więc gadaliśmy oględnie, o byle czym.
Dziesięć minut szybko minęło, podałyśmy u ruskich kupione, robocze, szare ubrania, kamasze, sucharki, słoninę, kiełbasę itd. Takie było nasze widzenie – i do odjazdu przekazywaliśmy wiadomości tylko przez Kiryła.
W sumie byłyśmy tam dwa tygodnie chodziłyśmy z ciotką na bazar kupić cokolwiek do jedzenia. Do dziś mam w oczach tę nędzę: zboże sprzedawano na „stakany” (szklanki), słoniny plasterek, może ze dwa deka, za dziesięć rubli, kartofle po dziesięć sztuk kupka, tylko owoce były dość tanie i piękne pomidory, bakłażany...
Niektórzy na targ przyjeżdżali na krowach, zaprzężonych w arby (takie dwukółki), krowiny chude, o małych wymionach, popielate, z dużymi rogami.
Bo ileż mogła dać mleka taka krowa? Jeśli służyła także za zwierzę pociągowe i do pracy na roli? Był rok 1945 wrzesień Związek Radziecki wyzwolony i kilka miesięcy po zakończeniu wojny, a nasi ludzie ciągle za drutami!...
Chodząc po miasteczku widziałyśmy małych chłopaków, z wyglądu nie mających dziesięciu lat. Mizernych, z górniczymi latarkami, w podartych szmatkach. I przypomniał mi się wierszyk – popularny wtenczas w Wilnie, przytaczam w oryginalnym brzmieniu:
Od potopu do Sawieta
Nie widziała żopa świeta,
Jak sawiecka właść nastała,
Żopa sołnce uwidziała.
Rzeczywiście, świecili przez dziury gołym ciałem.
Biedny, umęczony naród!!!

Powrót

Wracałyśmy z ciężkim sercem, ponieważ nie dało się załatwić uwolnienia naszych mężów.
Kiryłowi zostawiłyśmy sporą sumkę pieniędzy, parę kilo wędzonej słoniny w tajemnicy przed nimi na wszelki wypadek, gdyby się udało w jakiś sposób uciec.
Pożegnałyśmy wspaniałych ludzi, którzy ryzykując wiele pomogli nam i okazali tyle serca. Między innymi i im w ten sposób pragnę wyrazić swoją wdzięczność. Za życia męża nie mogłam tego pisać, ani utrzymywać kontaktu z tą rodziną. Stale się bał, że ktoś doniesie i znowu znajdzie się tam...
W powrotnej drodze miałyśmy prawie puste walizki, jedynie trochę owoców niosłyśmy, ale i to było za ciężkie na wędrówkę pieszą tyle kilometrów.
Znowu nocleg u tej kobiety, wynagrodzenie za wszystko, co nam uczyniła – i pożegnanie! Wsiadłyśmy do pociągu przepełnionego tak, że jechałyśmy na stopniach wczesnym rankiem, w trzeciej dekadzie września, były już przymrozki w nocy i ręce trzymające się poręczy kostniały. Wejście do środka było niemożliwe i te pięćdziesiąt kilometrów przejechałyśmy w ten sposób. Znowu kolejka do kasy. Sytuacja jeszcze gorsza niż w Moskwie. W pobliżu dworca miejsca na nocleg znaleźć nie było możliwe, gdziekolwiek zaszłyśmy wszędzie ludzie leżeli pokotem na podłodze, w każdym kątku. Nie było szans aby ktoś nas przyjął a po drugie – bałyśmy się wszy. Położyć się między takie zbiorowisko? Okropność! Wyszłyśmy znów na dwór ludzie drzemali pod krzaczkami w okolicach dworca. Przykucnęłyśmy i my, przytuliłyśmy się jedna do drugiej, ubrań ciepłych nie miałyśmy, zmarzłyśmy, ale przetrwałyśmy do rana. Doszłyśmy pod okienko biletów nie sprzedano bo była już jedna pieczątka tej stacji! Ktoś poradził, aby iść do Magdalinowki na tej małej stacyjce łatwiej kupić. Młody Łotysz, zwolniony z łagru, też nie miał biletu – zabrał się z nami. Dwanaście kilometrów wzdłuż torów, biegiem, bo o dwunastej odjeżdżał pociąg. Nie mogli sprzedać przez Moskwę, jak poprzednio jechaliśmy, tylko przez Kijów, Baranowicze, Lidę do Wilna. Dobre i to, aby bliżej do domu.
Pociąg do Baranowicz pełen był ewakuujących się rodzin żydowskich. Skądś bardzo długo jechali, brudni, z dziećmi zasmrodzonymi i zawszawieni. Makabra! Ulokowaliśmy się w kąciku korytarza, wiało straszliwie. I w ten sposób dojechaliśmy do Baranowicz. Tu znowu beznadziejne czekanie. Na stacji masa ludzka leżała i siedziała na posadzce i wszędzie, gdzie kto mógł!
Wyszłam na tory do stojących składów pociągów, a nuż coś się trafi? I znowu trochę szczęścia. Eszałon wojskowy odprawiali do Lidy, lecz żadnych cywilów nie wolno było zabierać. Poprosiłam oficera, kilku ich jechało, sześciu, o ile pamiętam, oczywiście w towarowym wagonie. W kącie tego wagonu mieli kupę jakichś rzeczy przykrytych pałatką. Zgodzili się zabrać, czekaliśmy długo na odjazd co chwila ktoś wchodził sprawdzić czy nie ma cywilów bo ludzie się pchali każdy chciał jechać. Przykryli nas pałatką, siedzieliśmy cichutko, podczas kontroli strach było nawet oddychać! Wreszcie pociąg ruszył.
W Lidzie znów staliśmy, znów „prawierka”, znów strach... Jeden z oficerów poszedł spytać, czemu nie każą wysiadać? Przyniósł wesołą nowinę – za pół godziny odjeżdżamy do Wilna! I w ten sposób, po czterech dobach, dowlekłyśmy się do domu. Łotysz musiał się dostać do swego kraju, do Rygi.

Jadwiga Łoginowa

c.d.n.