poniedziałek, 6 czerwca 2016

Dzień 4 czerwca 1989 roku pamiętam bardzo dobrze czyli mazurska relacja z manifestacji w Warszawie


Dzień 4 czerwca 1989 roku pamiętam bardzo dobrze. Byłem wtedy w Danii u zaprzyjaźnionych dziennikarzy. Z dużą nadzieją czekałem na rezultat wyborów. Następnego dnia rano zajrzałem do gazety leżącej na stole w kuchni i zdębiałem. Na pierwszej stronie krzyczał wielki, na ćwierć strony, czerwony napis KINA !!! Pod spodem fotografia. Człowiek stojący przed czołgiem. Gdyby to był film, widziałbym jego śmierć pod gąsienicami. Nie znam duńskiego, dopiero po chwili zorientowałem się, co się stało. Że Kina to Chiny. Że plac Tiananmen właśnie spłynął krwią.

Dokładnie 27 lat później, na manifestację do Warszawy wybrałem się z Warmią. I bliżej i bardzo chciałem poznać ludzi. Mam nadzieję, że Mazury mi tą małą dezercję wybaczą. W pięć osób dojechaliśmy do Nidzicy, tam do autobusu i jazda na Warszawę, by razem z trzema prezydentami świętować dzień odzyskania wolności.

Dojechaliśmy w deszczu. Popadało, popadało i przestało. Skoczę na Plac Konstytucji, pomyślałem. I skoczyłem. Po drodze mijałem kolejne, bardzo liczne grupy w biało czerwonych barwach. Super widok. Starzy i młodzi, wszyscy uśmiechnięci. Przy Królewskiej formowała się kontrdemonstracja narodowców. O, mniej ich niż policjantów. Widać było, że moc jest z nami. Stanąłem przed domami centrum, czekałem na naszych. W końcu ruszyli. Z przodu motory, potem rzeka ludzi. Chwilę potem oficjalne czoło marszu. Same znakomitości - prezydenci Komorowski i Kwaśniewski, Krzysztof Łoziński, Mateusz Kijowski, opozycjoniści i politycy. Ludzie wciąż szli i szli. Spotkałem Kawów, Agnieszkę i Tadeusza i się zaczęło. Tadek zdzierał gardło pozdrawiając maszerujących w imieniu Elbląga, Warmii, Mazur i Warmińsko-Mazurskiego. Taki patriota. Ja, dla zabicia czasu, zacząłem liczyć maszerujących. I policzyłem. Było 4560 demonstrantów i 45200 turystów. Jedną panią policzyłem podwójnie. Wiadomo, Niemka. Potem ćwiczyliśmy z Tadkiem okrzyk WOLNOŚĆ, RÓWNOŚĆ, DEMOKRACJA. Wychodziło nam coraz lepiej. Na tyle lepiej, że gdy w końcu nadeszli nasi, razem daliśmy takiego czadu że nawet Robert Krzysztofiak się wzruszył. A dalej było tylko lepiej. Na Placu Konstytucji, po zakończeniu uroczystości, wznieśliśmy toast za Polskę, za wolność, za wszystko, co nas łączy.

I wtedy przypomniałem sobie tamten dzień. Dania, Chiny, Pekin, czołgi. W sumie mamy farta, prawda?

Wojciech Glinka



Brak komentarzy: